Gdy wyszli zza
zakrętu, zobaczyła sklep z nowymi miotłami. Wydała z siebie pisk radości, i
zapominając o towarzystwie chłopaka, podbiegła do budynku. Fred nie wiedział, o
co jej chodzi. Może gdzieś obok mioteł są
książki? Przecież ona nie umie latać! Ba, nawet się boi!
Wbiegł za Gryfonką do sklepu. Było to przestronne
pomieszczenie z drewnianą podłogą i ścianami. Na samym środku pomieszczenia, na
podwyższeniu stał nowy model miotły. Obok niego poustawiane były półki z innymi
modelami. Kasztanowłosa przyglądała się miotle, która stała na środku
pomieszczenia. On nadal stał jak wryty w drzwiach, patrząc teraz, jakiego
towarzyszka zgarnia miotłę z katedry, podchodzi do lady, za którą stał jakiś
facet. Na oko tak z 25 lat. Wyjęła sakiewkę i zanurzyła w niej rękę. Wyciągnęła
sporą ilość galeonów i podała sprzedawcy, który już pakował jej zakupioną
rzecz.
Ledwo co wyszli ze
sklepu, padło pytanie.
-Co to miało być?!
-Co? Weszłam do sklepu i kupiłam miotłę – odpowiedziała
spokojnie Hermiona. Super, idiotko, teraz
będziesz musiała mu wszystko powiedzieć.
-Wiesz, że nie o to chodzi. Ty przecież nie umiesz latać!
- No dobra. Umiem latać, jasne? I to całkiem nieźle. Napewno
lepiej niż Ron – tu uśmiechnęła się pod nosem – Quidditch to całe moje życie.
Latam na miotle cały czas w wolnych chwilach. Nikt o tym nie wiedział. I oczywiście ty musiałeś to spieprzyć. Nie
miałam odwagi zgłosić się na przesłuchanie do drużyny. Zadowolony?
-Pokażesz mi jak latasz? – Fred był w szoku po tym, co
usłyszał. Musiał to zobaczyć. Jak ona
mogła latać w wolnych chwilach? Przecież cały czas siedziała w książkach!
Nigdy nie pomyślałby, że Hermiona może być zainteresowana Quidditchem. Ale coś
mu tam nie pasowało.
-Pokaże – zgodziła się.
-Mam jeszcze jedno pytanie. Jeśli Quidditch to twój cały
świat, to dlaczego unikałaś meczy? Czemu udawałaś, że nic cię to nie obchodzi?
-Och, chodziłam na mecze! Pod peleryną-niewidką. Gdyby ktoś
zobaczył, że się tym interesuje, musiałabym brać udział w waszych meczach, tu,
w Norze. Wtedy dowiedzielibyście się o tym, że umiem grać i latać. Dostałabym
się do drużyny, a ja dałabym plamę, bo granie przy całej szkole to raczej nie
na moje nerwy.
-Aha, rozumiem, ale czy nie przyszło Ci do głowy, żeby
spróbować? Wierzysz w swoje umiejętności? –spytał.
-Jak nikt – odpowiedziała pewnie.
-Zobaczę jak grasz. Pomogę Ci. Zgoda? –wyciągnął do niej
rękę.
-Zgoda –powiedziała już mniej pewnie i uścisnęła jego dłoń.
Jej ciało przeszły miłe dreszcze. Nie wiedziała, że on czuł to samo…
***Następnego dnia***
-Wstawaj! – usłyszała głos Ginny nad swoją głową. Niechętnie
otworzyła oczy, i spojrzała w radosne oczy Rudej – Teleportujemy się na błonia,
żeby pomóc w odbudowie zamku.
Więcej Hermionie
nie trzeba było mówić. Wystrzeliła jak z procy w strone swojej szafy. Pomóc w odbudowie Hogwartu. Jej domu.
Tego magicznego i zarazem tajemniczego miejsca, które nauczyło ją, co to
miłość, przyjaźń i odwaga. Tego, w którym poznała przyjaciół.
Z szafy (jako, że ma
nową garderobę) wyjęła poszarpane szorty i bluzkę w kolorze liliowym, a całość
dopełniały liliowe trampki. Weszła do łazienki. Nałożyła lekki makijaż, czyli
tusz do rzęs, puder i błyszczyk. Włosy, które zamiast burzy loków opadały jej
falami na plecy tylko lekko podkręcone, związała w pięknego warkocza. Gdy
wyszła, Ginny aż piszczała z uciechy. Starsza Gryfonka spojrzała w lustro.
Przed nią stała kobieta piękniejsza i mądrzejsza od samej Roweny Ravenclaw.
Stała tak, i gapiła się w swoje odbicie.
-Chodź na śniadanie. Zobaczymy, co powiedzą moi bracia –
puściła jej oczko, tym samym wyrywając ją z transu. Zeszły po schodach. Weszły
do kuchni i jakby nic usiadły przy stole. Ron, który jadł owsiankę, zadławił
się. George siedział z otwartą buzią. A Fred… Fred siedział, i patrzył się na
nią jak na 8 cud świata. Tylko Harry zachował trzeźwość i posłał w jej stronę
uśmiech, który z chęcią odwzajemniła.
Po skończonym
śniadaniu wszyscy teleportowali się na błonia Hogwartu. Zamek był fatalnym stanie; połowa murów rozwalona, na
posadzkach ślady krwi. Zakazany Las wcale nie był lepszy. Drzewa powyrywane,
wszędzie pełno krwi, strzał centuarów, i ślady olbrzymów. Cały dzień pracowali.
Gdy z powrotem teleportowali się do Nory, Fred szepnął do Hermiony:
-Hej, mała, pamiętaj, że dzisiaj pokazujesz, jak latasz.
-Hej duży, oczywiście, że pamiętam –odpowiedziała, i udała
się z Ginny do ich pokoju. Ruda miała poważny wyraz twarzy. Hermiona czuła, że
przyjaciółka chce jej powiedzieć coś ważnego. I nie myliła się. Ledwo za
Gryfonami zamknęły się drzwi, Wealsey’ówna zabrała głos.
-Musimy porozmawiać, Miona.
-O co chodzi?
-O Freda. Myślę, że… ty mogłaś mu się… spodobać. –
powiedziała ta młodsza.
-Że co? Proszę cię, Gin! Ja zawsze będę dla niego kujonką,
która pomaga wszystkim w pracach domowych! Prędzej Malfoy pokocha szlamy, niż Fred
się we mnie zakocha!
-Widziałaś, jak się na Ciebie patrzył w zamku?
-No nie, ale…
-Widziałaś, jakie robi maślane oczy, gdy tylko cię widzi?
-No nie, ALE…
-Znasz go lepiej ode mnie?
-Nie Ginny, bo ty jesteś jego siostrą, ale…
-Zauważyłaś, że zachowuje się wobec ciebie inaczej?
-TAK, ALE…
-Dobrze, Hermiono – przerwała jej po raz etny Ruda – A czy
ty coś czujesz do Freda?
Brązowooka pomyślała o motylkach w brzuchu, gdy tylko go
widziała, o przyjemnych dreszczach, gdy jej tylko dotknął… Nie, tylko nie to…
-Ja? No wiesz… – zaczęła nie pewnie Hermiona, starannie
dobierając słowa –jest przystojny, zabawny i ogólnie fajny… Ale i tak na
dłuższą metę to nie miałoby sensu.
-Dlaczego?
-Jesteśmy przeciwieństwami. Kompletną różnicą. Jak ogień i
woda, ciepło i zimno, czarny i biały. – ucięła temat Hermiona. Gdy Ginny poszła
do łazienki, rzuciła na nową miotłę zaklęcie zmniejszające, i postanowiła już
iść na boisko.
***W tym samym czasie – Fred***
Usłyszał jakieś przyciszone głosy z pokoju
dziewczyn. Nie byłby sobą, gdyby tego nie sprawdził. Cicho podszedł do drzwi,
przyciskając do nich ucho. Gdy usłyszał swoje imię, wyciągnął z kieszeni Uszy
Dalekiego Zasięgu. Wetknął sobie końcówkę do ucha, a druga wpełzła pod drzwi.
Usłyszał szept Ginny tak, jakby było tuż obok niego.
-O Freda… myślę, że ty mogłaś mu się… spodobać – rzekła jego
siostra. Cholera, aż tak to widać?! – myślał
gorączkowo.
- Że co? Proszę cię, Gin! Ja zawsze będę dla niego kujonką,
która pomaga wszystkim w pracach domowych! Prędzej Malfoy pokocha szlamy, niż
Fred się we mnie zakocha! – powiedziała ONA. Nieprzyjemne ukłucie przeszło
przez serce Freda. Faktycznie, kiedyś tak
o niej myślałem. Ale to było kiedyś! KIEDYŚ, NIE TERAZ!
-Widziałaś, jak się na Ciebie patrzył w zamku?
-No nie, ale…
-Widziałaś, jakie robi maślane oczy, gdy tylko cię widzi?
-No nie, ALE…
-Znasz go lepiej ode mnie?
-Nie Ginny, bo ty jesteś jego siostrą, ale…
-Zauważyłaś, że zachowuje się wobec ciebie inaczej?
-TAK, ALE… - z zapartym tchem słuchał tej wymiany zdań.
Czekał, co będzie dalej.
-Dobrze, Hermiono
usłyszał szept Rudej - A czy ty coś czujesz do Freda?
Rudzielec wstrzymał oddech. Bał się tego, co odpowie…Ale
właśnie, dlaczego? Zaczęło mu na niej zależeć. Nie jak na siostrze, jak na
najlepszej przyjaciółce…
-Ja? No wiesz… – zaczęła czekoladowooka, a Fred wyczuł w jej głosie niepewność –jest przystojny,
zabawny i ogólnie fajny… -No tak, jestem
szaleńczo przystojny! Pomyślał zadowolony. Humoru też mi nie brakuje! - Ale i tak na dłuższą metę to nie
miałoby sensu.
Zamarł. Ukłucie w sercu. Ból. Tylko, do cholery jasnej,
dlaczego to tak boli?!
-Dlaczego?
-Jesteśmy przeciwieństwami. Kompletną różnicą. Jak ogień i
woda, ciepło i zimno, czarny i biały.
Z ostatnią wypowiedzią musiał się zgodzić. Dzień i noc.
Wesoły i smutny. Słodki i gorzki. Szybko odskoczył od drzwi i schował się za
nimi, gdy jego Ruda siostra wychodziła z pokoju. Usłyszał, jak Hermiona rzuca
zaklęcie zmniejszające. Pewnie chce już
iść na boisko – pomyślał, i teleportował się prosto na nie.
Hermiona usłyszała
trzask towarzyszący teleportacji. Przesłyszało
mi się. Wyszła z pokoju i skierowała swe kroki na miniaturowe boisko do
Quidditcha.
*Czytając
ten fragment, słuchaj tego: https://www.youtube.com/watch?v=AJtDXIazrMo
Gdy wyszła na
dwór, poczuła jak świeże, letnie powietrze otula całe jej ciało. Spojrzała na
niebie. Idealna pogoda do latania. Doszła na boisko, i dojrzałą Freda, który
już machał do niej wesoło. Wciągnęła miotłę i przywróciła jej normalne
rozmiary. Przełożyła przez nią nogę, gotowa do startu.
-No, to pokaż, co potrafisz – usłyszała głos rudzielca.
Pewnie odbiła się stopami od ziemi. Zaczęła z zawrotną
szybkości okrążać boisko, robiąc przy tym spirale, zwisy, rzucając kafla z taką
siłą, jakiej nikt się po niej nie spodziewał. Wyglądała jak w swoim żywiole. Na
szczęśliwą
***Fred***
Odebrało mi mowę.
Mógłbym się założyć, że jakby nawet grała sama, ojechałaby całą drużynę
ślizgonów. Jest wspaniała, nie tylko pod względem Quidditcha. To, z jaką
lekkością prowadziła i zwodziła miotłę, było nie do opisania. Tego, co ona tu
robiła, nie da się opisać słowami.
***Hermiona***
Tego mi było trzeba.
Ciekawe, co on teraz myśli? Napewno jest zaskoczony. A kto by nie był? Zwykle
poukładana panna Granger, lata na miotle. I to jak! Nie wiedziała, skąd ma taki
talent do tej gry. Ona… miała to we krwi. Idiotycznie to brzmi. Ma talent do
Quidditcha we krwi. Ale tego, po prostu, nie da się opisać słowami.
Kończąc ,,przedstawienie” z gracją wylądowała na ziemi.
Uśmiechnęła się, widząc jego minę.
Jest taki słodki –przemknęło
jej przez głowę. Gdy kopia Georga wreszcie odzyskała mowę, zaczął krzyczeć:
-Musisz być w drużynie! Dzięki tobie Puchar mamy w garści!
Wiesz, że teraz Harry jest kapitanem, co? Jutro mu pokazujesz, jak grasz, i bez
wymówek! –wesołe iskierki błyszczały w jego oczach, gdy wziął ją na ręce i
okręcił się z nią wokół własnej osi.
-Ale Fred, ja nie dam rady…
-Pomogę Ci Hermiono, nie zostawię cię. Razem pokonamy twój
strach –przerwał jej, wypinając dumnie pierś.
-Dziękuje, Freddie –odpowiedziała ze łzami w oczach, i dając
Wealsey’owi buziaka w policzek, oddaliła się powolnym krokiem do Nory. A
Rudzielec stał w miejscu, z zaskoczoną miną dotykając miejsca, gdzie przed
chwilą spoczęły usta dziewczyny.
*Skończ słuchać piosenki
***Następny dzień***
Kasztanowłosa
Gryfonka nie mogła zasnąć. Spojrzała na zegarek. 06:00. Westchnęła. Postanowiła,
że zrobi w tym czasie coś dla siebie. Podeszła do szafy, i wyciągnęła z niej
zwiewne szorty, i bluzkę, która odkrywała jedno ramię w kolorze czerwonym.
Szorty były złotawe. Gdyby ktoś teraz zobaczył jej strój, mógłby być pewny, że
dziewczyna pochodzi z Gryffindoru. Pstryknęła palcami. Jak się uszykuje, pójdę polatać na miotle! Im szybciej, tym lepiej. Weszła
do łazienki. Dokładnie umyła włosy i wzięła szybki prysznic. Starannie wytarła
się ręcznikiem, a włosy, które od słońce trochę jej się rozjaśniły,
potraktowała zaklęciem natychmiastowego suszenia. Postanowiła zostawić je
rozpuszczone. Nie mogła uwierzyć, że kiedyś burza kasztanowych loków to teraz
sięgające do pasa włosy, które układają się w piękne fale. Nałożyła, jak
zwykle, lekki makijaż. Dobra, twarz
zrobiona. Teraz tylko ubranie.
Nałożyła na siebie już wcześniej wspomniany strój. Efekt był
powalający. Jak zawsze, od czasu jej legendarnej zmiany. Wyszła z łazienki i
wzięła miotłę. Nie musiała rzucać na nią zaklęć, bo każdy o tej porze spał, na
palcach przeszła przez pokój i cichutko zamknęła drzwi, schodząc po schodach.
***W tym samym czasie – Fred***
-Cicho, Potter! Ona zaraz tu przyjdzie! –szeptał Fred.
-Skąd ty to możesz wiedzieć?! Jakoś nie chce mi się wierzyć,
że Hermiona wyjdzie o te porxe na dwór, i to jeszcze żeby iść na boisko latać
na miotle! –odpowiedział Chłopiec, Który Przeżył. Harry w ogóle nie rozumiał
Rudzielca. Chowają się za tą zasłonką z pół godziny, bo ten twierdził, że
Hermiona zaraz tu przejdzie z miotłą!
-Ciiii! Ktoś idzie!
Tym kimś okazała się wcześniej wspomniana dziewczyna.
Bliznowatemu szczęka opadła, a Fred miał minę pełną satysfakcji.
-Jak to? –spytał się czarnowłosy, gdy Miona już przeszła.
-Tak to. Idziemy –odrzekł bliźniak, ciągnąc za sobą Zbawcę
Świata Czarodziejów
***Hermiona***
Gdy schodziłam ze
schodów, wydawało mi się, że coś poruszyło się za zasłonką. Nie zwróciłam na to
zbytniej uwagi. Szłam dalej, aż doszłam do boiska. Wsiadłam na miotłę i odbiłam
się, nieświadoma, że dwie postacie pod osłoną zaklęcia kameleona przyglądają mi
się. W tym mój najlepszy przyjaciel, który stał z otwartą buzią ledwo nadążając
wzrokiem za moim ciałem, które zgrabnie unosiło się na miotle. Powtarzałam
praktycznie to samo, co wczoraj widział Fred. Różnica jest w tym, że teraz
robiłam to pewniej, szybciej, zwinniej, lżej, i lepiej, pod każdym względem.
Uwielbiałam to uczucie wolności, beztroski. Nie wiem, ile tak latałam. Dwie
godziny? Trzy? Nie wiedziałam też, że przez ten czas zdążyła się zebrać reszta
dzieci Weasley’ów. George, Ginny i Ron byli nie mniej zszokowani, co Wybraniec.
No cóż. Nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Wreszcie
wylądowałam, ale znikąd pojawili się moi przyjaciele. Stałam w miejscu, zbyt
zszokowana, by cokolwiek powiedzieć.
-Czy… czy wy… widzieliście…? – wydukałam tylko.
-Widzieliśmy – odpowiedzieli wszyscy zgodnie, oprócz Freda.
Ten tylko rzucał mi rozbawione spojrzenie. Pfff,
jeszcze go to bawi. Ale skąd wiedział, że ja będę latać?
-Jesteś w drużynie. I nie próbuj zaprzeczać Hermiono, ani
być skromną – dodał, gdy ta już otwierała usta – Bo latasz świetnie, prawda?
–spojrzał po wszystkich, a ci pokiwali gorliwie głowami, jakby byli jeszcze w
zbyt wielkim szoku, by coś powiedzieć.
-No, to myślę, że jak nasz gwiazda zaprezentowała swoje
umiejętności, możemy już iść na śniadanie – rzekł bliźniak. Sama nie wiem już
który, pogubiłam się…
Rozdział III, bardzo proszę J Dziękuję Oli za
komentarz ^^ Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba. Na moim blogu jest 101
wyświetleń :3 Thanks…! J
~Katniss ;3