Odgłos
szyn obijających się o tory i szczęście. Tak, zdecydowanie to
towarzyszyło Hermionie i jej przyjaciołom w siódmej już podróży
do zamku pociągiem Hogwart Express. Razem z Ginny, Harrym, Ronem i
bliźniakami zajęli jeden z wolnych przedziałów mniej więcej w
środkowym wagonie. Testowali właśnie nowy wynalazek dwójki
Weasley'ów.
-Stracho-klejki?
- spytała z niedowierzeniem Hermiona oglądając pozornie niewinną,
zieloną kulkę. Kulki były chyba w wszystkich możliwych kolorach
świata. Interesowało ją tylko to, jak działały.
-Dokładnie.
Gdy taką zjesz, przybierasz postać tego, czego najbardziej się
boisz – zaczął Fred z zapałem.
-Ma
to na celu zwalczenie swoich lęków. Można sobie z tego robić
pośmiewisko, na przykład jakby ktoś z nas najbardziej bałby się
Voldzia i przybrałby jego postać, moglibyśmy dorysować mu
flamastrem nos – w przedziale rozległ się donośny śmiech grupki
przyjaciół – Tylko trzeba pamiętać, żeby zjeść tą kulkę,
która ma kolor naszych oczu. Jeśli wybierzemy tą, której kolor
najbardziej nam się podoba, pokaże się nasze największe marzenie.
Właściwie to się spełni, ale tylko te ''wykonalne'' - dokończył
z równym podnieceniem George.
-To
jak, kto pierwszy? - spytali już chórem. W przedziale nastała
grobowa cisza.
-Pomysł
jest genialny – zaczęła Hermiona – może będziemy losować? -
rozległy się pomruki zgody. Gryfonka za pomocą różdżki
rozesłała do każdego małą karteczkę i pióro. Na koniec
wyczarowała prostą, czarną tiarę.
-Napiszcie
po prostu wasze imiona na kartkach i wrzućcie do tiary.
Gdy
każdy w przedziale włożył do spiczastego kapelusza swoją kartkę,
kasztanowłosa drżącymi rękoma uniosła różdżkę – No, to
losujemy – szepnęła i machnęła krótko magicznym patykiem.
Jedna kartka wleciała prosto w jej rękę.
-Forge
– zmarszczyła brwi.
-To
ja! - krzyknął George podnosząc się z miejsca. Po dopasowaniu
odpowiedniego koloru Weasley wziął kulkę do buzi i zaczął ją
rzuć. Wszyscy wstrzymali oddech. Bo czego może się bać George
Weasley? Wybuchła świecąca mgła. Gdy opadła, wyszedł z niej
bliźniak, a raczej... mops?
Okazało
się, że chłopak panicznie boi się psów o takiej właśnie rasie,
dlatego zmienił się w uroczego mopsa z dużymi czarnymi oczami,
który aż się prosił by tylko go przytulić.
-Ja
pierdolę – powiedział Harry, gdy mops podszedł do niego
oficjalnym krokiem i nasikał mu na buta.
-Kurwa
mać! - krzyknął Ron, gdy pies na jego bucie zostawił dużo gorszy
prezent. Na końcu Mops-obsrawacz-George (jak kreatywnie nazwała go
jego kopia) wdrapał się na kolana Hermiony i wygodnie się na nich
usadowił. Po chwili poruszył znacząco uszami i prędko zeskoczy z
Granger w locie przyjmując swoją dawną postać.
-Serio
bracie? Mopsy? - spytał z rozbawieniem Ron.
-Uważaj,
Ronuś. Mam odwagę zrobić to jeszcze raz na twoim drugim bucie i to
nie przemieniając się w mopsa – stwierdził dopiero co
przemieniony chłopak, a jego rozmówca znacznie pobladł.
-Stary,
bierz teraz jakiś inny kolor – powiedział zaciekawiony
czarnowłosy chłopak. Rudzielec chwilę poszukał i wybrał piękną,
morską barwę.
-Raz,
dwa, trzy, moje szczęście – westchnął. Włożył kulkę do ust
i znowu wokół niego pojawiła się ta sama, świecąca mgła.
Gdy
opadła, nic się nie wydarzyło.
-Brać
ze mnie przykład! - wrzeszczał George – Jestem szczęśliwym
człowiekiem i nie potrzebuje niczego do szczęścia! - nagle przed
bliźniakiem zmaterializowała się butelka Ognistej Whisky.
-Chyba
stracho-klejka dopiero zadziałała – powiedziała ironicznie
Ginny, która przez cały czas siedziała ciszej niż zwykle i
unikała wzroku Harry'ego. George westchnął i schował butelkę do
swojej torby.
-Forge,
teraz cię rozumiem, kiedy mówisz: „Do szczęścia potrzeba mi
tylko butelki Ognistej” - zaśmiał się jego bliźniak.
-Dobra,
następny - brązowooka ponownie machnęła różdżką, a z tiary
wyleciała kartka – Harry – przeczytała. Największym lękiem
Pottera okazała się śmierć. Nie jego, ale któregoś z jego
bliskich. Ten lęk rósł w nim od dziecka, zaczynając od śmierci
rodziców, potem Cedrika, Syriusza, Dumbledore'a, Snape'a, Lupina,
Tonks i wielu innych znajomych osób. Dodatkiem do tego wszystkiego
były sny ukazujące śmierci różnych ludzi, jakie Potter miewał
za czasów świetności Voldemorta. Jednak po tym zmartwieniu
Chłopiec, Który Przeżył zmienił się w Ginny, której z ust
leciała krew, miała rozcięty łuk brwiowy i siniaki oraz
zadrapania w wielu widocznych miejscach. Jej cera była nadzwyczaj
blada. Po chwili chłopak zmienił się w swoją postać. Po jego
czole spływały pojedyncze kropelki potu.
-To
było... straszne – rzekł ciężko dysząc, a wszyscy przytaknęli
mu w skupieniu. Tylko ruda dziewczyna patrzyła na niego z
nieodgadnionym wyrazem twarzy. Zbawca Świata Czarodziejów wybrał i
połknął pomarańczowo-rudą kulkę, łudząco podobną do koloru
włosów Weasley'ówny. Przed nim pojawił się kawałek pergaminu, a
na nim następujący napis: Być kochanym. To jedyne marzenie,
którego nie można pokazać.
-Harry...
- zaczęła starsza Gryfonka.
-Nie
chce teraz o tym gadać, okej? Następnym razem – szybko
odpowiedział Potter. Dziewczyna tyko przytaknęła głową. Nie
chciała naciskać na czarnowłosego. Znali się tyle lat, że
wiedziała kiedy chłopak jest przygnębiony, radosny, zły czy kiedy
coś jest z nim nie tak.
Następny
okazał się Ron. Jak można było się spodziewać, zamienił się w
wielkiego, włochatego i obrzydliwego pająka. Natomiast jego
największe marzenie mieszczące się w jaskrawej, żółtej kulce to
góra upieczonych pałek z kurczaka.
Ale
czego można się spodziewać po Ronie... na pewno oryginalności w
każdym calu. Wszyscy zgodnie ryknęli śmiechem, gdy Weasley nie
patrząc na nic rzucił się na swoje marzenie i zaczął je
pochłaniać.
-Kocham
was – jęknął przeciągle, w zaledwie 5 minut zjadając wszystko.
-Patologia
– mruknęli razem bliźniacy, a kasztanowłosa po raz kolejny już
machnęła różdżką.
-J-ja – powiedziała z lękiem
i szybko wyszukała bardzo się wyróżniającą, czekoladową kulkę.
Głośno przełknęła ślinę i włożyła wynalazek do ust.
Dziewczyna miała podobne lęki co jej czarnowłosy przyjaciel.
Różnica tkwiła tylko w tym, że zmieniła się w ciała Jean i
George'a Grangerów. Całe jej ciało zaczęło ogarniać
odrętwienie. Zamarła, gdy poczuła w kogo się przemieniła. Oczy
zaczęły jej się błyszczeć od powstrzymywanych łez. Najgorsze
dla Gryfonki było to, że nie mogła się ruszyć. Nie mogła pomóc
swoim rodzicom, bo ona sama nimi była. Po krótkim czasie
oczekiwania dziewczyna poczuła, jak czucie wraca do całego jej
ciała. Powoli podniosła się z zimnej posadzki i zmierzyła
wszystkich wzrokiem. Mieli dość posępne miny, w których można
było dostrzec współczucie.
Hermiona przełknęła łzy
które cisnęły jej się do oczu.
-Ja... Muszę iść na zebranie
Prefektów Naczelnych... nie gniewacie się, prawda? - spytała, gdy
już w miarę się uspokoiła. Bardzo martwiła się o swoich
rodziców. Kochała ich ponad życie. Załamałby się, gdyby coś im
się stało.
-Nie... pewnie, że nie –
zaczął Harry, a Ron zgodnie przytaknął.
-Obowiązki to obowiązki –
stwierdziła Ginny.
-Obowiązków się nie ignoruje
– dopowiedzieli razem bliźniacy i zgodnie wybuchnęli śmiechem,
jakby sam wyraz „obowiązki” bardzo ich rozbawiał. Kasztanowłosa
posłała im tyko smutny uśmiech i wyszła z przedziału, kierując
się na sam przód pociągu.
* * *
Szłam i w zamyśleniu
przypatrywałam się swoim butom, gdy poczułam, że wpadam na kogoś.
Siła uderzenia posłała mnie do tyłu. Byłam delikatną osobą,
czego nie można było powiedzieć osobie, z którą się zderzyłam,
bo ona tylko lekko się zachwiała. A raczej on, co poznałam po
głosie i sile, a później po wyglądzie.
-Merlinie, przepraszam! Nic ci
nie jest? Zamyśliłem się... – zaczął chaotycznie Teodor Nott –
Granger? - spytał, gdy pomógł mi wstać.
-Nie, to moja wina... też się
zamyśliłam, a powinnam patrzeć, gdzie chodzę – zaczęłam się
tłumaczyć. Gdy chłopak pomógł mi wstać, podniosłam wzrok –
Nott? - zapytałam w tym samym czasie co chłopak, z nie mniejszym
zdziwieniem.
-Granger? No, no. Księżniczka
Gryffindoru nieźle się wyrobiła przez wakacje – chłopak
teatralnie zagwizdał. Na jego twarzy był jak zawsze zarys
ironicznego uśmiechu.
-Nott – stwierdziłam
przewracając oczami – teraz się łaskawie przesuń, muszę iść
na zebranie Prefektów Naczelnych – powiedziałam dumnie i
wyminęłam Teodora. W sumie, to nic do niego nie miałam. Nie
potrafiłam sobie przypomnieć by chłopak chociaż raz mnie wyzwał
(a trzeba pamiętać, że pamięć Hermiony Granger jest niezawodna)
albo chociaż śmiał się z docinek kierowanych w moją stronę.
Zawsze patrzył na to z obojętnym wyrazem twarzy, jakby był
znudzony. Fakt, nie bronił mnie, ale był Ślizgonem. Dom
zobowiązuje.
-Nie Granger, to JA idę na
zebranie Prefektów Naczelnych – powiedział czarnowłosy.
-Wiesz co to oznacza, Nott? -
zapytałam z przerażeniem. Bardzo dziwił mnie fakt, że prowadzę
normalną konwersację ze Ślizgonem. Jakbyśmy starymi znajomymi, a
tak naprawdę rozmawiamy po raz pierwszy w życiu.
-Niestety – mruknął chłopak
– chodź, bo się spóźnimy, a McWiecznaDziewica będzie nam
wygłaszać pogadankę o tym, że zaniedbujemy obowiązki już w
pierwszym dniu. Na dodatek w pociągu.
Na początku chciałam ostro go
zrugać za to, jak mówi o nauczycielach. Przecież byli starsi,
mądrzejsi i dojrzalsi od nas! Naprawdę, nie wiem, jak można być
takim ignorantem.
-Nie mów tak – mruknęłam
tylko, powstrzymując zdradziecki uśmiech, który cisnął mi się
na usta.
-Ach tak, zapomniałem, że
rozmawiam ze Świętą Granger, pupilkiem wszystkich nauczycieli...
Natychmiast zaczerwieniłam się
z gniewu. Po pierwsze: nie pozwolę na to, by jakiś nadęty Ślizgon
mnie krytykował. Od takich rzeczy ma swoich bezmyślnych kumpli, a
nie mnie. Najmądrzejszą czarownicę od czasów Roweny Ravenclaw. Po
drugie: nie jestem święta. Nie będę tłumaczyć, dlaczego. Po
trzecie: nie jestem pewna, ale profesor Snape za bardzo za mną nie
przepada, ups.
-Uważaj sobie, Nott –
starałam się zabrzmieć groźnie, ale chłopak za bardzo mnie
dekoncentrował, samym wyglądem. Zaczynając od jego szarych
tęczówek, w których można się było zatracić, wpatrywać się w
nie wieczność, będąc przez nie zahipnotyzowanym. Uwagę
przyciągały też czarne włosy chłopaka, nie starannie ułożone,
tak, jak można się było tego spodziewać po Ślizgonie, lecz były
w artystycznym nieładzie. Szczupła sylwetka, szerokie ramiona i
ostre, arystokratyczne rysy. Był bardzo przystojny i nawet ja
musiałam to przyznać.
-Pobijesz mnie? - spytał
ironicznie.
-Może.
Nie zauważyłam nawet, gdy
doszliśmy do drzwi odpowiedniego przedziału. Teodor otworzył je i
(o dziwo) przepuścił mnie. Skinęłam głową.
-Dzień dobry, pani profesor –
powiedzieliśmy z Teodorem jednocześnie i posłaliśmy sobie
wściekłe spojrzenia.
-Dzień dobry panno Granger,
panie Nott – odpowiedziała z cieniem uśmiechu na twarzy, po czym
wskazała dwa miejsca naprzeciwko siebie. Rozejrzałam się po
pomieszczeniu. Zobaczyłam jeszcze dwie osoby, które miały zostać
Prefektami Naczelnymi, czyli Luna Lovegood i Ernie Macmillan.
Uśmiechnęłam się do blondynki. Jej postać bardzo mnie
intrygowała, ale wiedziałam, że Luna jest bardzo mądra i wierna
przyjaciołom. Nie brakowało jej odwagi i sprytu. Domyślałam się
jakie problemy miała Tiara z umieszczeniem jej w odpowiednim domu,
ale podejrzewam, że Krukonka trochę jej pomogła. W końcu jej
zmarła matka też była podopieczną domu Roweny. Moje przemyślenia
przerwała McGonagall.
-Dobrze, zacznijmy od
patrolowania korytarzy. Będziecie to robić w parach, –
powiedziała opiekunka Domu Lwa, a ja ucieszyłam się na tą
wiadomość. Przecież patrolowanie korytarzy z Luną będzie na
pewno o wiele lepsze niż z takim Nott'em! - które są już dobrane.
- dokończyła, a moja nadzieję zniknęła tak szybko, jak się
pojawiła.
-Pary są następujące: pan
Nott będzie w parze z panną Granger, a pan Macmillan z panną
Lovegood. - na te słowa jęknęłam w duchu. Merlinie, za co? - Dni
i godziny patrolowania otrzymacie wraz z planem lekcji. Całe zasady
i uprawnienia prefektów zostały wysłane w listach razem z
odznakami prefektów. Mam nadzieję, że każdy to przeczytał? - gdy
każdy kiwnął twierdząco głową, kontynuowała – Pewnie wiecie,
że Prefekci Naczelni mają osobne dormitoria? Znajdują się one na
piątym piętrze za obrazem Animaga Barabasza*. Salon jest wspólny.
Czy wszystko jest jasne? - zapytała na koniec.
-Tak, pani profesor.
-Dobrze, więc możecie już iść
– wstała i gestem dłoni wskazała na drzwi.
Wszyscy posłusznie wyszli.
Chciałam pogadać z Luną, ale gdy się obejrzałam, nigdzie jej nie
było. Wzruszyłam ramionami trochę smutna.
-Szukasz mnie, Hermiono? -
podskoczyłam przestraszona, gdy usłyszałam za sobą głos
blondynki.
-Luna! Nie strasz mnie tak,
proszę. - spojrzałam z ulgą na Krukonkę.
-Uważaj.
Zachowaj zimną krew. - mruknęła i odeszła. Patrzyłam jak
odchodzi w głowie mając zupełny mętlik. Uważaj.
Zachowaj zimną krew. Godryku...
O co jej znowu chodzi? Westchnęłam i skierowałam swe kroki w
kierunki naszego przedziału. Nott'a omijałam szerokim łukiem. Może
zachowuje się normalnie, ale to nie zmienia faktu, że nadal jest
Ślizgonem.
* * *
Pociąg
stanął. Tłum uczniów wylewał się z niego. Każdy się pchał,
bo chciał wreszcie odetchnąć świeżym powietrzem. Ja postanowiłam
poczekać, aż każdy wyjdzie. Miałam trochę czasu żeby pomyśleć.
W głowie odbijały mi się słowa Luny, ale wyklinałam też na
wszelkie sposoby McGonagall, że dobrała mnie akurat ze Ślizgonem.
Jednak znacznie więcej miejsca zajmowały mi ostrzeżenia Krukonki,
które nie wiadomo dlaczego, zaczęły mnie niepokoić. Luna
zawsze gada od rzeczy tylko... jest naprawdę mądra i zaskakująca.
Nargle... - starałam
się uspokoić w duchu. Gdy po jakimś czasie wyszłam z pociągu, w
oczy rzucił mi się mężczyzna spowity w czerń, który dziwnie
przyglądał się Fredowi. Obserwowałam go uważnie. Nagle wyjął
różdżkę, i posyłając zaklęcie bombardy sprawił, że wielki
szyld w Hogsmead znajdujący się nad Weasley'em zamienił się w
gruz. Usłyszałam pisk Ginny, krzyk George'a, Harry'ego i Rona.
Spojrzałam w miejsce, w którym wcześniej stał Fred. Teraz nie
stał. Leżał, przygnieciony kupą gruzu. Mężczyzna zaśmiał się
i teleportował z pyknięciem. Freddie,
w co ty się wpakowałeś?
Moja reakcja była natychmiastowa. Przecisnęłam się przez grupę
gapiów i podbiegłam do Freda. Każdy stał oszołomiony, a moje
serce biło nie równym, szybkim tempem. Uważaj.
Zachowaj zimną krew.
-Wingardium
Leviosa – szepnęłam i odesłałam gruz gdzieś na bok. Złapałam
chłopaka za nadgarstek. Puls
jest coraz słabszy. Nie
wiedziałam co robić. Klatka piersiowa Freda nadal lekko się
unosiła. Jego serce biło słabo, nie równym tempem. Oddech słabł.
Uważaj.
Zachowaj zimną krew. Tylko
jedno zaklęcie przychodziło mi do głowy. Jeśli mi się nie uda...
Umrę razem z nim. Jednak to jest ostatnia deska ratunku. Chłopak
gasł.
-Connect anima** - szepnęłam,
zataczając krąg wokół nas. Okryła nas biała kula, zrobiona
jakby z mgły. Przyłożyłam różdżkę do ramienia i przejechałam
nią po skórze. Na moim ramieniu pojawiło się rozcięcie, z
którego leniwie zaczęła kapać krew. To samo zrobiłam na ramieniu
chłopaka. Zbliżyłam ramię tak, że moja krew spływała teraz do
rozcięcia Freda. Gdyby nie powaga sytuacji myślałabym, jakie to
jest przerażające dla mnie.
-I,
Hermione Jean Granger, et sanguinem
– zaczęłam mówić cicho słowa przysięgi. Merlinie, oby się
udało. -
miscere et anima Fred William Weasley. Et maledicam Connect Anima
mittat ad nos. Et revixit.***
Mgła
opadła. Poczułam, jak wiruje mi w głowie. Jak wszystko się
rozmazuje. Nim straciłam przytomność, zdążyłam zauważyć
szybciej poruszającą się klatkę piersiową Freda. Uważaj.
Zachowaj zimną krew.
* * *
Powoli otworzyłam oczy, lecz
natychmiast byłam zmuszona je zamknąć. Biel panująca w
pomieszczeniu raziła mnie w oczy.
Biel... Jestem w Skrzydle
Szpitalnym?
-Razi?
Już zasuwam żaluzje, kochana – gdzieś już słyszałam ten głos.
Tylko nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Usłyszałam kroki i odgłos
zasuwanych żaluzji. Po raz kolejny podjęłam próbę otworzenia
oczu. Uniosłam powieki i spokojnie mogłam się rozejrzeć. Byłam w
Skrzydle, a wcześniejszy głos należał do pani Pomfrey. Ktoś
poruszył się w łóżku obok. Obróciłam głowę i dostrzegłam
rudą czuprynę wystającą spod kołdry. Fred?
Wtedy wspomnienia uderzyły we
mnie z zawrotną szybkością.
Mężczyzna
cały ubrany na czarno, Hogsmead, gruz, Fred, z którego powoli
ulatuje życie, zaklęcie Connect
anima...
Połączyłam
nasze dusze.
Udało
mi się.
Fred znowu niespokojnie się
poruszył i również otworzył swoje kasztanowe oczy. Spojrzał na
mnie niepewnie.
-Co... co się stało? - spytał
cichym, zachrypniętym głosem. Już miałam mu odpowiedzieć, gdy
znikąd pojawiła się pani Pomfrey.
-Wiesz co się stało? Ta
dziewczyna uratowała ci życie! Narobił pan sobie wrogów, a ona
później pana ratowała, spojrzał pan w oczy śmierci, a dziewczyna
miała jakieś 30 procent na przeżycie ratując cię! - pielęgniarka
była bardzo oburzona. Plątała się we własnej wypowiedzi, a gdy
skończyła, prychnęła, podała nam jakieś niezbyt smaczne eliksir
i wróciła do swojego gabinetu.
-Fred, nie wiem, czy to ci się
spodoba... - zaczęłam. Wiedziałam, że chłopak może nie być
zadowolony z tego, co zrobiłam. W końcu nie każdy musi skakać ze
szczęścia, gdy połączy się jego duszę.
-Nic nie mów. Uratowałaś mi
życie, ryzykując swoje, z tego co zrozumiałem z krzyków Pomfrey -
skrzywił się lekko – A wcale nie musiałaś tego robić. Zawsze
mogłaś pozwolić mi umrzeć. Naprawdę nie wiem, jaki ci odwdzięczę
Hermiono.
-Nie mogłam... - wetchnęłam i
kontynuowałam nieco pewniejszym tonem - nie mogłam pozwolić ci
umrzeć. Tylko, że jedynym rozwiązaniem było połączenie naszych
dusz.
-Połączenie... co?
-Połączenie dusz. Będziemy
mogli wyczuwać swoje nastroje, odczuwać ten sam ból fizyczny i
psychiczny i będziemy wiedzieć, kiedy druga osoba ma kłopoty. -
powiedziałam lekko zakłopotana. Dużo czytałam na ten temat ale
nie wiedziałam, że kiedyś będę musiała użyć tego zaklęcia.
Zauważyłam kątem oka, że Fred marszczy brwi. Czekałam tylko na
wybuch, w którym będzie mi wypominać jak mogłam to zrobić, jak
ja mogłam połączyć nasze dusze, jak mogłam pozbawić go
prywatności... Jednak takie coś nie nastąpiło. Oczy chłopaka
lekko się zamgliły. Wiem, że o czymś myślał. Nie zamierzałam
mu przeszkadzać. Do sali weszła pielęgniarka.
-Jeszcze trochę tu sobie
posiedzicie. Wasze zdolności magiczne są bardzo osłabione,
szczególnie pani, panno Granger – spojrzała na mnie i westchnęła
– Wiedziałam, że jest pani wyjątkowo zdolną czarownicą, ale
tego się nie spodziewałam, naprawdę... Ostatni raz to zaklęcie
udało rzucić się Rowenie Ravenclaw – dodała. Poczułam przypływ
dumy. Udało się.
-Pani Pomfrey... Ile czasu już
tu leżymy? - spytałam po chwili.
-Dwa tygodnie, ale posiedzicie
jeszcze tydzień, niestety. Ale na pewno nie będziecie głodować.
Wasze szafki aż się uginają pod tymi tonami słodyczy –
uśmiechnęła się pogodnie. Jak na zawołanie razem z Fredem
spojrzeliśmy na swoje szafki. Pielęgniarka miała racje – półki
się uginały. Nie tylko od słodyczy, ale od kartek, kwiatów i
notatek z lekcji.
-Codziennie przychodzą tu tłumy
i zawsze coś zostawią – wytłumaczyła Pomfrey i udała się do
swojego gabinetu.
-Chyba naprawdę się mną
przejmujesz, skoro ryzykowałaś życie, a teraz nie będziesz miała
prywatności, tak jakby. Ja nie umiałbym zachować zimnej krwi w
takiej sytuacji... - zaczął Weasley, a mi przypomniały się słowa
pewnej Krukonki. Uważaj. Zachowaj zimną krew. Momentalnie
spojrzałam na okno. Zamurowało mnie. Angelina, ta Angelina,
całowała się z jakimś Ślizgonem, z tego co poznałam po kolorach
szaty. Fred podążył za moim wzrokiem i jego oczy po smutniały.
Chciałam go pocieszyć, więc już otwierałam usta, ale chłopak mi
przeszkodził, patrząc na mnie.
-Szkoda strzępić ryja –
stwierdził uśmiechając się ponuro. Drzwi skrzydła otworzyły
się, a w nich stała wcześniej wspomniana dziewczyna. Uśmiechała
się dość sztucznie.
-Freddie! Mój misiu! -
skrzywiłam się, tak jak wcześniej Fred. Chyba zacznę rzygać.
-Daruj sobie, Johnson – odparł
chłopak dość oschłym tonem. Przylepiony uśmiech zbladł.
-O co ci znowu chodzi? -
warknęła. Bardzo mnie zdziwiła nagła zmiana jej tonu.
-To koniec. Myślisz, że jestem
ślepy i nie widzę, że się puszczasz z każdy chłopakiem jakiego
tylko zobaczysz? - zakpił Weasley. Poczułam się dość nieswojo.
-To pewnie przez tą szlamę
Granger, co? Wolisz jakąś szczotę zamiast mnie? - dziewczyna
zaczynała niebezpiecznie podnosić głos. Jaką szczotę,
idiotko?
-Jeszcze raz powiesz na nią
szlama, to cię stąd wyrzucę siłą. Tak, wolę Hermionę –
podkreślił moje imię – ona ma coś w głowie, ty nie masz nic. U
niej nawet nie widać makijażu, a wygląda zjawiskowo. Ty... nie
wiem ile masz na tej mordzie tapety, ale i tak wyglądasz jak Ron z
rana. Możesz wyjść, bo nikt nie chce twojego towarzystwa –
warknął. Takiej wersji Freda jeszcze nie widziałam. Z resztą nie
wiem, czy chce jeszcze kiedykolwiek widzieć. Ciepło rozlało się
po moim sercu, gdy mnie tak wychwalał... Zresztą, on to zrobił
tyko po to, by dopiec Angelinie, na pewno tak nie myśli.
-Przepraszam za nią... Naprawdę
– maska złości opadła, teraz na jego twarzy widniało
zrezygnowanie.
-Przecież to nie twoja wina...
Ona jest po prostu tępa – zapewniłam i spojrzałam na chłopaka,
który cicho się zaśmiał.
-Jesteś moją bratnią duszą –
stwierdził odkrywczo rudzielec.
-Fred...?
-Tak?
-Jesteś niemożliwy. Serio.
* * *
-Zabiłeś?
-Tak, mój panie. Nie mogli go
uratować, przygniotła go tona gruzu.
-Świetnie, Dave. Nie myślałem,
że możesz okazać się taki pożyteczny... - mężczyzna siedzący
w fotelu obitym w czarną skórę zamyślił się.
-Dla mojego pana wszystko –
Dave lekko się skłonił.
-Bardzo dobrze. Została piątka.
- - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
*wytwór mojej chorej wyobraźni xD
**Z łacińskiego - połączyć duszę.
***Z łacińskiego - Ja, Hermiona Jean Granger łączę moją krew i duszę z Fredem William'em Weasley'em, rzucając na nas klątwę Connect Anima. Niech odżyje.
Witam ^^ Przepraszam. Wiem, rozdział miał być w poniedziałek, a jest sobota. Ale dopadła mnie gorączka, chyba wybaczycie? Na dodatek ten rozdział przeszedł takie kaprysy, że tyko współczuć. Cały czas coś mi nie pasowało. W końcu stwierdziłam, że jest za krótki, więc zamiast 3 stron jest 8,5 ;D W końcu tak się zdenerwowałam, że ponacinałam ramiona bohaterów xD W każdym zdaniu było coś poprawiane, a i tak nie jestem zadowolona z początku. Ale nie mnie to oceniać, tylko wam :D Jeśli czytasz, komentuj, miło mi się zrobi :)) Pozdrawiam :*
**Z łacińskiego - połączyć duszę.
***Z łacińskiego - Ja, Hermiona Jean Granger łączę moją krew i duszę z Fredem William'em Weasley'em, rzucając na nas klątwę Connect Anima. Niech odżyje.
Witam ^^ Przepraszam. Wiem, rozdział miał być w poniedziałek, a jest sobota. Ale dopadła mnie gorączka, chyba wybaczycie? Na dodatek ten rozdział przeszedł takie kaprysy, że tyko współczuć. Cały czas coś mi nie pasowało. W końcu stwierdziłam, że jest za krótki, więc zamiast 3 stron jest 8,5 ;D W końcu tak się zdenerwowałam, że ponacinałam ramiona bohaterów xD W każdym zdaniu było coś poprawiane, a i tak nie jestem zadowolona z początku. Ale nie mnie to oceniać, tylko wam :D Jeśli czytasz, komentuj, miło mi się zrobi :)) Pozdrawiam :*
~Katniss ;33
PS Bardzo dziękuję za 700
wyświetleń <3
O japierdziu, rozdział długi i przepiękny, no i ten.twój magiczny styl i ten pomysł na zaklęcie. Prawdziwe Fremione z boską fabułą. Kocham to opowiadanie. Wybacz za krótkie komentarze, ale średnio mam możliwość pisania ich, ale wiedz zw jesteś wspaniała! czekam na więcej
OdpowiedzUsuńPs chciałabym Cię poznać i popisać w prawdziwym życiu? masz fb? wiem że nie Podasz go na forum, zatem napisz jak możesz na mojego maila, to on :) carry.my.soul@o2.pl
Czekam :* pozdrawiam
~ola
Ojej, dziękuje baardzo <3 Moje odpowiedzi też nie należą do najdłuższych :) Co do popisania itd... Już do ciebie napisałam (na maila :)) Pozdrawiam :*
UsuńHej!
OdpowiedzUsuńNatknęłam się na Twojego bloga przez przypadek i teraz będzie trochę mojej opinii.
Szczerze? To nienawidzę, gdy Fred sięga po gitarę. Jeśli by tak pomyśleć, to przecież niemożliwe, żeby on grał. Bardzo nie lubię, kiedy z Angeliny robi się pustą lalę, która obrażę Hermionę, ja osobiście bardzo lubię tę postać.
Przegięciem też jest robienie z Hermiony dziewczyny, której podoba się połowa Hogwartu. Ona taka nie jest.
Ale muszę Ci powiedzieć, że po mimo tych negatywów bardzo miło się czytało. Ciekawy pomysł z połączeniem dusz.
Sama piszę o Fremione i niektóre zachowania wydają mi się absurdalne, że przecież ona/on nie mógłby tak zrobić! Jednak to jest Twój blog i dobrze, że piszesz to, co Ty uważasz za najlepsze.
Może mój komentarz wydawać się negatywny, ale wcale taki nie jest. Po prostu mam swoje zdanie na niektóre tematy i tyle. Będę zaglądać i czekać na następnego posta. :))
Hej :) Rozumiem, każdemu może się coś nie podobać, bo każdy ma swój gust, prawda? :) Osobiście nie przepadam za Angeliną, sama nie wiem dlaczego :/ Gitara i Fred bardzo mi się podoba (widać, że nie mamy podobnego gustu :D), a co do charakteru Hermiony - będzie w nim wieele poprawek, bo mi również nie podoba mi się to, jak go zrobiłam ;/ Więc chyba zrobię kanoniczną Hermione, bo ta wydaje mi się być najodpowiedniejsza :D Ale nie martw się, bo dopiero się rozkręcam i myślę,że będzie coraz lepiej :) Mogłabyś podać mi linka do swojego bloga? Chętnie śledziłabym twoje opowiadanie ;) Oczywiście jeśli nie chcesz, to rozumiem c; Bardzo dziękuję za opinię i miłe słowa :D Mam nadzieję, że następny rozdział bardziej przypadnie ci do gustu ;) Pozdrawiam :)
UsuńWłaśnie to jest najlepsze, że każdy lubi co innego, bo jaki świat byłby nudny, gdyby każdy zachwycałby się tym samym, prawda? :)
Usuńhttp://hermionaandfred.blogspot.com/
Jeśli tylko miałbyś czas i ochotę to napisz ocenę o moim blogu. :)
Zgadzam się z tobą w 100 procentach ;) Już zaglądam na twojego bloga :)
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń