Piątek, 27 lipca, Ginevra Weasley jest gotowa
zamordować swoich braci i chłopaka z zimną krwią. No, w sumie to
jej się nie dziwie. Miałyśmy wyjść same, a oni tak po prostu się
wepchnęli. A ja, o dziwo, jestem bardzo spokojna, co jest dziwne,
bo... MERLINIE, FRED SIĘ DO MNIE UŚMIECHNĄŁ! No i co z tego, robi
tak do wszystkich. ON NAPRAWDĘ SIĘ DO MNIE UŚMIE... Czasami tracę
panowanie nad sobą, irytujące, prawda? Ale pomijając temat tego
rudzielca, który się do mnie uśmiechnął... Idziemy wreszcie
odpocząć. Tyle czasu na naprawę Hogwartu, tylko uzdolnionych
czarodziejów, tyle smutku po opłakiwaniu zmarłych, tyle radości z
wygranej, tyle obawy o jutro... Nawiedziło mnie pewne wspomnienie,
które miało miejsce przy odbudowie zamku.
Stała tam, i rzucała zaklęcia. O niektórych
nawet nie słyszał, ale widać, że przynosiły efekty. Taka mała,
bezbronna w środku ruin. Wyglądała przeuroczo. Tak niewinnie, jak
dziecko, zagubione w tym całym świecie. Nagle wpadł mu do głowy
pewien pomysł. Przeczesał palcami rudą grzywkę i podszedł hardo
do kasztanowłosej dziewczyny, która, pochłonięta swoim zajęciem,
nie zwracała uwagi na otaczający ją świat. Gdy odezwał się
bezpośrednio do niej, jego głos jakby wyrwał ją z transu.
-Cześć,
Miona. Nauczyła byś mnie tych zaklęć? Wiesz, nie umiem tyle co
ty... -zaczął niby-nerwowo.
-Och,
bez przesady, Fred - powiedziała lekko się rumieniąc - Jasne, że
ci pomogę.
-Więc...
Co to było za zaklęcie? - wskazał na jeszcze unoszącą się,
srebrną mgiełkę.
-To
zaklęcie ''Immediate Repair''*. Bardzo,
łatwe, skuteczne i przyjemne - przetarła lekko ubrudzoną od kurzu
twarz. - Spróbuj.
-Immediate
Repair! -machnął energicznie różdżką. Nic się nie wydarzyło.
-Źle
poruszyłeś nadgarstkiem! - stwierdziła, stanowczo a zarazem bardzo
delikatnie łapiąc jego nadgarstek. Oboje stłumili przyjemne
ciepło, które przyszło wraz z dotykiem.
Machała
zawzięcie jego nadgarstkiem, aż w końcu, po wielu ciężkich
próbach, chłopak w końcu nauczył się ruchu ręki i poprawnego
wymawiania formułki.
-Immediate
Repair! -krzyknął, a leżąca przed nim kupa gruzu zamieniła się
w wyglądający jak nowy, mur.
-Udało
się! - krzyczała uradowana brązowooka - Wreszcie! - dodała z
ulgą, i uśmiechem na twarzy.
-No
cóż, podziwiam twoją cierpliwość, jakiej nikt mi nigdy nie
okazał. No, może tylko George... W każdym razie, dziękuję ci -
lekko pocałował ja w policzek. Zarumieniła się ogromnie i
spuściła wzrok.
-To
nic takiego, naprawdę, Fred... - przytuliła go po przyjacielsku.
Ale i on, i ona widzieli, że w tym nie było tylko przyjaźni...
-Dla
takich chwil, mam nadzieję, że częściej będziesz mi pomagać...
- szepnął.
-Co?
- spytała nadal go tuląc.
-Nie,
nic takiego... - ścisnął ją mocniej i odszedł, uprzednio się do
niej uśmiechając.
Jednak ona doskonale słyszała, co powiedział.
"And
maybe then we'll remember to slow down to all of our favorite parts"*
Mimo wszystko na to wspomnienie robiło jej się cieplej
na sercu. Zaczęła postrzegać Freda jako swojego przyjaciela. Tak
jak Ron, czy Harry. Od tego czasu, przeciwnie, nie unikali się,
tylko pod każdym pretekstem chcieli robić różne rzeczy razem. Ale
oczywiście, co za dużo to nie zdrowo, znali umiar. To po prostu
miłe odczucie...
(***)
Niestety, Ginny przegrała tą ,,wojnę". Teraz
szłyśmy w asyście trzech rudzielców
i jednego bliznowatego chłopaka. Niestety, blizna
Harry'ego stała się mniej wyraźna, ale nadal jest widoczna. Jak
powiedział nam portret samego Dumbledore'a: ,,Voldemort pozostawił
po sobie ślady. Ślady śmierci, mrocznych znaków, spustoszenia,
krwi, strachu i blizny. Blizny, która prawdopodobnie zostanie z tobą
na zawsze, Harry". Co jest najdziwniejsze w tej samej sytuacji?
A to, że po tej przemowie Dumbledore sięgnął po pudełko dropsów.
Ale taki już był; nieprzewidywalny, zdolny i mądry. Temu nikt nie
mógł zaprzeczyć.
W końcu doszliśmy nad małe jeziorko. Piasek na tej
,,plaży" był w kolorze najczystszego złota, a woda miała
kolor nieba. Do tego była przyjemniej chłodna, więc doskonale
chłodziła rozpalone od ciepła, ciało. Chłopacy poszli dalej od
nas i rozbili się na małym pagórku, a my rozpakowałyśmy się na
pełnym słońcu. Ach, zapowiadało się cudowne kilka godzin...
Przynajmniej tak myślałyśmy.
(***)
Rozbiliśmy się na jakimś wzniesieniu. Wiem jedno:
zapowiadała się super zabawa.
Jednego nie mogłem zrozumieć: my pływamy, podtapiamy
się, a one leżą. My się ścigamy do kocy, one leżą. My gramy w
Eksplodującego Durnia, one leżą. My jemy kanapki, one leżą. My
tarzamy się po piasku, one leżą. Tak z ponad godzinę. Leżąc na
piasku spojrzałem chytrze na moich towarzyszy, i zabrałem głos:
-Nie wydają wam się one trochę... za suche? -
uśmiechnąłem się złośliwie, a gdy zrozumieli, o co mi chodzi,
na ich twarzach również zagościł owy uśmiech.
-Wrzucamy do wody? - podsunął Ron.
-Strzelamy ,,Aqumenti''? - dopowiedział Harry.
-Co wy...? On ma gorsze plany - stwierdził w końcu
George.
-Oj tak, braciszku...
(***)
Leżałyśmy sobie spokojnie, gdy nagle na nasze
rozgrzane od słońca ciała chlusnęła zimna woda. Podskoczyłyśmy
jak oparzone, a raczej jak zamrożone, i spojrzałyśmy gniewnie na
oprawców. Pierwsza głos zabrała moja ruda przyjaciółka.
-Wy kretyni! Co wam strzeliło do tych pustych łbów?!
- stanęła na przeciwko nich i zaczęła im wygrażać palcem, tym
samym bardzo upodabniając się do swojej matki.
Ci odpowiedzieli jej tylko wspólnym, głupim uśmiechem.
Stanęłam przed Fredem.
-Mam im pokazać TO? - zrobiłam w powietrzu
niezrozumiały dla innych, znak.
-Nie odważysz się... - odpowiedział rudzielec drżącym
głosem.
-Chcesz się przekonać, tak? - droczyłam się z nim w
najlepsze – Nie ma sprawy...
-Nie, nie! Przepraszam! Nie pokazuj im tego! - krzyknął
desperackim tonem z cieniem uśmiechu na ustach.
-No więc... Podaj mi ręcznik, proszę.
Chłopak niczym potulny baranek owinął kasztanowłosą
ręcznikiem.
-Dziękuję. Teraz, gdy wyjaśniliśmy sobie kilka
kwestii, możemy wracać do domu – mrugnęła do niego i
uśmiechnęła się szeroko. On odpowiedział jej najszerszym
uśmiechem, jaki tylko u niego widziała, a pozostali, z
niezrozumieniem wypisanym na twarzy, słuchali tej wymiany zdań.
Widząc to, Fred uśmiechnął się jeszcze szerzej...
''I thought I'd never see the day when you smile at
me''.*
*Z łacińskiego na polski: Natychmiastowa Naprawa.
*Z angielskiego na polski: ''i może wtedy zapamiętamy
sobie, aby zwolnić w naszych ulubionych momentach"
*Z angielskiego na polski: ''myślałam, że nie
doczekam dnia, w którym się do mnie uśmiechniesz''
Hej! ^^ Tak oto powracam ;) Przepraszam za tą przerwę,
ale tymczasowo nie miałam ,,weny” (takiej na swój sposób ^^), więc mogłam tylko walić
głową w klawiaturę ;) No, i nie wiem, jak się jeszcze
wytłumaczyć, więc za wszystkie błędy przepraszam i proszę o
komentarze :)
~Katniss
Jupi!!!
OdpowiedzUsuńUroczy rozdzialik, no nie powiem<3
Cudnie napisane to wspomnienie, bardzo mi się podobało<3
O co chodziło? Jaki znak?
Jestem bardzo zaciekawiona:))
Czekam na więcej i życzę weny:))
~Kate
http://fremioneczytowogolemozliwe.blogspot.com/
Dziękuję za komentarz :):3 Ten znak... Mogę tylko powiedzieć, że tego się raczej nikt nie spodziewa :')
Usuń