piątek, 15 kwietnia 2016

Rozdział V

Piątek, 27 lipca, Ginevra Weasley jest gotowa zamordować swoich braci i chłopaka z zimną krwią. No, w sumie to jej się nie dziwie. Miałyśmy wyjść same, a oni tak po prostu się wepchnęli. A ja, o dziwo, jestem bardzo spokojna, co jest dziwne, bo... MERLINIE, FRED SIĘ DO MNIE UŚMIECHNĄŁ! No i co z tego, robi tak do wszystkich. ON NAPRAWDĘ SIĘ DO MNIE UŚMIE... Czasami tracę panowanie nad sobą, irytujące, prawda? Ale pomijając temat tego rudzielca, który się do mnie uśmiechnął... Idziemy wreszcie odpocząć. Tyle czasu na naprawę Hogwartu, tylko uzdolnionych czarodziejów, tyle smutku po opłakiwaniu zmarłych, tyle radości z wygranej, tyle obawy o jutro... Nawiedziło mnie pewne wspomnienie, które miało miejsce przy odbudowie zamku.

Stała tam, i rzucała zaklęcia. O niektórych nawet nie słyszał, ale widać, że przynosiły efekty. Taka mała, bezbronna w środku ruin. Wyglądała przeuroczo. Tak niewinnie, jak dziecko, zagubione w tym całym świecie. Nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł. Przeczesał palcami rudą grzywkę i podszedł hardo do kasztanowłosej dziewczyny, która, pochłonięta swoim zajęciem, nie zwracała uwagi na otaczający ją świat. Gdy odezwał się bezpośrednio do niej, jego głos jakby wyrwał ją z transu.
-Cześć, Miona. Nauczyła byś mnie tych zaklęć? Wiesz, nie umiem tyle co ty... -zaczął niby-nerwowo.
-Och, bez przesady, Fred - powiedziała lekko się rumieniąc - Jasne, że ci pomogę.
-Więc... Co to było za zaklęcie? - wskazał na jeszcze unoszącą się, srebrną mgiełkę.
-To zaklęcie ''Immediate Repair''*. Bardzo, łatwe, skuteczne i przyjemne - przetarła lekko ubrudzoną od kurzu twarz. - Spróbuj.
-Immediate Repair! -machnął energicznie różdżką. Nic się nie wydarzyło.
-Źle poruszyłeś nadgarstkiem! - stwierdziła, stanowczo a zarazem bardzo delikatnie łapiąc jego nadgarstek. Oboje stłumili przyjemne ciepło, które przyszło wraz z dotykiem.
Machała zawzięcie jego nadgarstkiem, aż w końcu, po wielu ciężkich próbach, chłopak w końcu nauczył się ruchu ręki i poprawnego wymawiania formułki.
-Immediate Repair! -krzyknął, a leżąca przed nim kupa gruzu zamieniła się w wyglądający jak nowy, mur.
-Udało się! - krzyczała uradowana brązowooka - Wreszcie! - dodała z ulgą, i uśmiechem na twarzy.
-No cóż, podziwiam twoją cierpliwość, jakiej nikt mi nigdy nie okazał. No, może tylko George... W każdym razie, dziękuję ci - lekko pocałował ja w policzek. Zarumieniła się ogromnie i spuściła wzrok.
-To nic takiego, naprawdę, Fred... - przytuliła go po przyjacielsku. Ale i on, i ona widzieli, że w tym nie było tylko przyjaźni...
-Dla takich chwil, mam nadzieję, że częściej będziesz mi pomagać... - szepnął.
-Co? - spytała nadal go tuląc.
-Nie, nic takiego... - ścisnął ją mocniej i odszedł, uprzednio się do niej uśmiechając.
Jednak ona doskonale słyszała, co powiedział.

"And maybe then we'll remember to slow down to all of our favorite parts"*

Mimo wszystko na to wspomnienie robiło jej się cieplej na sercu. Zaczęła postrzegać Freda jako swojego przyjaciela. Tak jak Ron, czy Harry. Od tego czasu, przeciwnie, nie unikali się, tylko pod każdym pretekstem chcieli robić różne rzeczy razem. Ale oczywiście, co za dużo to nie zdrowo, znali umiar. To po prostu miłe odczucie...

(***)

Niestety, Ginny przegrała tą ,,wojnę". Teraz szłyśmy w asyście trzech rudzielców
i jednego bliznowatego chłopaka. Niestety, blizna Harry'ego stała się mniej wyraźna, ale nadal jest widoczna. Jak powiedział nam portret samego Dumbledore'a: ,,Voldemort pozostawił po sobie ślady. Ślady śmierci, mrocznych znaków, spustoszenia, krwi, strachu i blizny. Blizny, która prawdopodobnie zostanie z tobą na zawsze, Harry". Co jest najdziwniejsze w tej samej sytuacji? A to, że po tej przemowie Dumbledore sięgnął po pudełko dropsów. Ale taki już był; nieprzewidywalny, zdolny i mądry. Temu nikt nie mógł zaprzeczyć.
W końcu doszliśmy nad małe jeziorko. Piasek na tej ,,plaży" był w kolorze najczystszego złota, a woda miała kolor nieba. Do tego była przyjemniej chłodna, więc doskonale chłodziła rozpalone od ciepła, ciało. Chłopacy poszli dalej od nas i rozbili się na małym pagórku, a my rozpakowałyśmy się na pełnym słońcu. Ach, zapowiadało się cudowne kilka godzin... Przynajmniej tak myślałyśmy.

(***)

Rozbiliśmy się na jakimś wzniesieniu. Wiem jedno: zapowiadała się super zabawa.
Jednego nie mogłem zrozumieć: my pływamy, podtapiamy się, a one leżą. My się ścigamy do kocy, one leżą. My gramy w Eksplodującego Durnia, one leżą. My jemy kanapki, one leżą. My tarzamy się po piasku, one leżą. Tak z ponad godzinę. Leżąc na piasku spojrzałem chytrze na moich towarzyszy, i zabrałem głos:
-Nie wydają wam się one trochę... za suche? - uśmiechnąłem się złośliwie, a gdy zrozumieli, o co mi chodzi, na ich twarzach również zagościł owy uśmiech.
-Wrzucamy do wody? - podsunął Ron.
-Strzelamy ,,Aqumenti''? - dopowiedział Harry.
-Co wy...? On ma gorsze plany - stwierdził w końcu George.
-Oj tak, braciszku...
(***)

Leżałyśmy sobie spokojnie, gdy nagle na nasze rozgrzane od słońca ciała chlusnęła zimna woda. Podskoczyłyśmy jak oparzone, a raczej jak zamrożone, i spojrzałyśmy gniewnie na oprawców. Pierwsza głos zabrała moja ruda przyjaciółka.
-Wy kretyni! Co wam strzeliło do tych pustych łbów?! - stanęła na przeciwko nich i zaczęła im wygrażać palcem, tym samym bardzo upodabniając się do swojej matki.
Ci odpowiedzieli jej tylko wspólnym, głupim uśmiechem. Stanęłam przed Fredem.
-Mam im pokazać TO? - zrobiłam w powietrzu niezrozumiały dla innych, znak.
-Nie odważysz się... - odpowiedział rudzielec drżącym głosem.
-Chcesz się przekonać, tak? - droczyłam się z nim w najlepsze – Nie ma sprawy...
-Nie, nie! Przepraszam! Nie pokazuj im tego! - krzyknął desperackim tonem z cieniem uśmiechu na ustach.
-No więc... Podaj mi ręcznik, proszę.
Chłopak niczym potulny baranek owinął kasztanowłosą ręcznikiem.
-Dziękuję. Teraz, gdy wyjaśniliśmy sobie kilka kwestii, możemy wracać do domu – mrugnęła do niego i uśmiechnęła się szeroko. On odpowiedział jej najszerszym uśmiechem, jaki tylko u niego widziała, a pozostali, z niezrozumieniem wypisanym na twarzy, słuchali tej wymiany zdań. Widząc to, Fred uśmiechnął się jeszcze szerzej...
''I thought I'd never see the day when you smile at me''.*


*Z łacińskiego na polski: Natychmiastowa Naprawa.
*Z angielskiego na polski: ''i może wtedy zapamiętamy sobie, aby zwolnić w naszych ulubionych momentach"
*Z angielskiego na polski: ''myślałam, że nie doczekam dnia, w którym się do mnie uśmiechniesz''

Hej! ^^ Tak oto powracam ;) Przepraszam za tą przerwę, ale tymczasowo nie miałam ,,weny” (takiej na swój sposób ^^), więc mogłam tylko walić głową w klawiaturę ;) No, i nie wiem, jak się jeszcze wytłumaczyć, więc za wszystkie błędy przepraszam i proszę o komentarze :)
 
~Katniss

2 komentarze:

  1. Jupi!!!
    Uroczy rozdzialik, no nie powiem<3
    Cudnie napisane to wspomnienie, bardzo mi się podobało<3
    O co chodziło? Jaki znak?
    Jestem bardzo zaciekawiona:))
    Czekam na więcej i życzę weny:))
    ~Kate

    http://fremioneczytowogolemozliwe.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :):3 Ten znak... Mogę tylko powiedzieć, że tego się raczej nikt nie spodziewa :')

      Usuń