-Cześć! - rzuciła wesoło rudowłosa
osóbka, wchodząc do Skrzydła Szpitalnego – jak się czujesz? -
spytała Hermiony, która leżąc wygodnie w swoim łóżku, uważnie
czytała notatki z wczorajszych lekcji.
-Świetnie, Gin. Nie rozumiem, dlaczego
pani Pomfrey nie chce mnie wypuścić. Będę miała tyle
zaległości... - powiedziała zrezygnowana dziewczyna. Usiadła i
odłożyła kartki na szafkę stojącą obok jej łóżka. Była
wdzięczna Ginny, że przychodziła do niej w każdej możliwe luce
między zajęciami. Opuszczała praktycznie wszystkie posiłki, tylko
czasami, gdy nie mogła już funkcjonować wpadała jak burza do
Wielkiej Sali i porywała coś ze stołu.
-Miona, ty i zaległości? To nie jest
w żaden sposób możliwe. Założe się, że umiesz już cały
materiał. – zaśmiała się Ruda i usiadła po turecku na jej
łóżku.
-Fakt, umiem. Ale wiesz, wolałabym,
żeby jakiś nauczyciel tłumaczył mi lekcje. Przecież pod koniec
roku będą Owutemy! Muszę być przygotowana! - powiedziała
kasztanowłosa i złapała się za głowę. Stanowczo za dużo myśli.
-Yhm, yhm.
-A ty braciszku? Jak się czujesz? -
Weasley przewróciła oczami, zwracając się do brata leżącego w
sąsiednim łóżku.
-Dzięki, że pytasz. Czuję się
wspaniale, siostrzyczko – zirytował się chłopak. Jestem Fred,
mnie się nie ignoruje! Mnie się tylko kocha, bo jestem uroczy.
-W takim razie się zamknij i
nam nie przeszkadzaj – warknęła Ginny. Po chwili spojrzała na
przyjaciółkę, a wyraz jej twarzy złagodniał. - Przepraszam, że
nie przyszłam rano, ale trzeba było być obowiązkowo na śniadaniu,
tak kazała McGonagall.
-Mówiła coś ważnego? -
zaciekawiła się Hermiona.
-Tylko tyle, że 22 października
będzie jakiś bal jesienny, bo chce wprowadzić do tej szkoły
więcej życia, żeby uczniowie się nie stresowali Sumami i
Owutemami, bla, bla...
-Bal? - stęknęła Granger –
po co, Merlinie...
-Przynajmniej się trochę rozerwiemy –
stwierdziła Ginny. Nagle się ożywiła – Wiesz, że Prefekci
Naczelni będą otwierać bal tańcem? - poruszyła sugestywnie
brwiami. Brązowooka zaśmiała się i dała przyjaciółce kuksańca
w bok. Ta również serdecznie się zaśmiała, ale mina Hermiony
momentalnie zrzedła.
-Nott – opadła na łóżko.
-Co z nim? - spytała zaskoczona
Weasley'ówna.
-Będę musiała z nim tańczyć, bo
mamy razem patrole.
-Nie ciekawie – stwierdziła Ruda i
spojrzała na zegar wiszący na ścianie. - Merlinie, spóźnie się
na eliksiry! Cześć, Herm! Zamknij się, Fred! - krzyknęła jeszcze
na odchodne, gdy jej brat po raz kolejny zaczął chrząkać i
patrzyć na nią oskarżycielsko.
-Nie lubisz chodzić na bale? - zaczął
rozmowę Fred, gdy jego siostra wyszła.
-To nie tak, że nie lubię. Czuję, że
to jest po prostu... Niepotrzebne - stwierdziła. Zamiast iść na
bal, wolała posiedzieć przed kominkiem w Pokoju Wspólnym,
trzymając w ręku kubek parującego kakao i rozkoszując się
lekturą. Kochała tak siedzieć wieczorami. W ten sposób mogła się
wyciszyć i rozluźnić. Czasami lubiła posiedzieć samotnie pod
dużym dębem na błoniach i oddawać się rozmyśleniom. Owszem,
dziewczyna lubiła spędzać czas w towarzystwie swoich przyjaciół,
ale takie samotne chwile bardzo ją uspokajały.
-A czujesz tak tylko dlatego, że
jeszcze żaden bal ci się nie spodobał, bo nie miałaś idealnego
partnera – stwierdził Weasley i szeroko uśmiechnął. Bardzo
powoli dążył do swego celu. Czaił się, jak Ron na ostatni
kawałek kurczaka. Cicho i niepostrzeżenie.
Nim Hermiona zdążyła odpowiedzieć,
przez otwarte okna wleciała mała sówka, w której dziewczyna
rozpoznała Świstoświnkę. Spojrzała zaskoczona na Freda, a ten
tylko gestem dłoni zachęcił ją do odwiązania listu. Delikatnie
rozwiązała starannie związaną kokardkę i z niedowierzaniem
przeczytała liścik.
Droga Hermiono!
Zapomniałam Ci (Wam) powiedzieć o
najważniejszym. Niestety, McGonagall mnie uprzedziła i za kilka
sekund powinna wparować do pokoju ze swoim nieśmiertelnym kokiem.
Nie rozszarp mnie :*
Twoja Ginny
Widać
było, że list był pisany ''na szybko'', bo atrament był lekko
rozmazany w niektórych miejscach, a staranne pismo Rudej podchodziło
pod koślawe. Hermiona szybko przeczytała list zaciekawionemu
chłopakowi. Gdy skończyła, do Skrzydła szybkim krokiem weszła
opiekunka Gryffindoru. Minę miała zaciętą, a na głowie, jak
zwykle zresztą, podrygiwał kok (nieśmiertelny! -
przypomina Ginny).
-Panno Granger, panie Weasley -zaczęła,
nim zdążyli cokolwiek powiedzieć. - mam do was pewną propozycję
– mimo że starała się to ukryć, była wyraźnie podekscytowana.
-Tak, pani profesor? - zapytała
dziewczyna, gdy znalazła małą lukę w słowotoku Minerwy.
-Panna Weasley bardzo starannie nagrała
Mag-Merą* wasz, hm... - zamyśliła się na chwilę, jakby szukając
odpowiedniego słowa – występ. Prawdę mówiąc, jestem pod
ogromnym wrażeniem. Padł pomysł, abyście zaśpiewali i zagrali
(spojrzała wymownie na Freda) kilka piosenek podczas balu
jesiennego.
Dwójka uczniów spojrzała na
opiekunkę z niedowierzaniem. W głowie Hermiony powstawał plan
zemsty na przyjaciółce. Ginny doskonale wiedziała, jakie ma
nastawienie do publicznych występów. Wstydziła się nawet śpiewać
przed nią, a co dopiero przed połową szkoły. Połową, czyli od
czwartej klasy i wyżej. To chyba więcej niż połowa. Poczuła
dreszcze na karku. Natychmiast zbladła, co zostało zauważone przez
nauczycielkę transmutacji.
-Oczywiście
byłyby próby, wybory piosenek z moją pomocą... Musielibyście już
jutro wyjść ze Skrzydła – zamyśliła się. To Hermionie dodało
nagłej energii i pewności siebie. Nadal się okropnie wstydziła,
ale na Merlina, była przecież Hermioną Granger – ona musiała
dać radę. Na dodatek z pomocą Freda i jego głosu, oraz pięknych
brzmień gitary.
-Ale wszystko zależy od was – rzekła
w końcu kobieta, z wyczekiwaniem wpatrując się w twarze uczniów.
-Wchodzę w to – wypalił chłopak –
pani profesor – dodał pośpiesznie, widząc karcący wzrok
nauczycielki.
-Nie mam nic przeciwko – powiedziała
z trudem Hermiona. Gdy wypowiedziała to jedno zdanie, poczuła
niemiły ucisk w żołądku. Do balu został miesiąc, a ona już się
stresowała.
-Świetnie! - kobieta klasnęła w
dłonie – W takim razie do zobaczenia jutro o godzinie szesnastej w
moim gabinecie – rzuciła na nich ostatnie spojrzenie, a Hermiona
mogłaby przysiąc, że zobaczyła uśmiech na jej twarzy.
Gdy tylko wyszła, dziewczyna od razu
postanowiła się udać do krainy Morfeusza.
* * *
Obudził ją przeszywający ból głowy.
Stęknęła i złapała się za obolałe miejsce, przeczuwając, co
się zaraz stanie. Oczywiście nie pomyliła się – po kilku
minutach z łóżka Freda słychać było syk.
-Fred...? - spytała niepewnie
dziewczyna.
-Cholera, ale mnie głowa boli... Nie
śpisz? - spytał wyraźnie zdziwiony chłopak i położył się na
brzuchu, podpierając się łokciami.
-Nie, bo mnie też boli głowa –
westchnęła.
-Czy to ma coś związanego z tym całym
połączeniem dusz?
-Tak... Nawet bardzo. - głos lekko jej
zadrżał od nadmiaru emocji. - Fred... Myślę, że od teraz
będziemy mogli jakby ''wchodzić'' do umysłu drugiej osoby i coś
do niej mówić, a ona usłyszy naszą wiadomość w swojej głowie –
nie wiedziała jak mu to wytłumaczyć, żeby zrozumiał. Nie
zacytuje mu tego z książki, bo i tak nic nie zrozumie.
-Coś w stylu telepatii? - spytał. Był
doświadczony w takich sprawach. Przecież jego i George'a, oprócz
przyjaźni, genów i wyglądu łączyła jeszcze telepatia
bliźniaków. Ustalili jednak, że będą jej używać tylko wtedy,
gdy nie będzie już wyjścia. Jednak telepatia z Hermioną była
czymś... niezwykłym. Bardzo ekscytujący był fakt, że może jej
coś powiedzieć nie otwierając ust.
-Dokładnie – powiedziała wyraźnie
zadowolona, że zrozumiał. - jednak trzeba to sprawdzić –
zamknęła oczy, a chłopak usłyszał jej głos w swojej głowie.
~I jak? Słyszysz mnie?
~~Bardzo i wyraźnie, Mionko.
Kasztanowłosa spojrzała zdziwiona na
chłopaka, jednak nic nie powiedziała.
~Masz już doświadczenie w
telepatii?
* * *
~Masz już doświadczenie w
telepatii?
Dość szybko mnie rozgryzła. Może
nawet za szybko. Jednak wiedziałem, że od teraz, gdy nasze dusze są
połączone nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic. To będzie
trudne. Zaufać komuś z dnia na dzień jak najlepszemu przyjacielowi
na pewno nie należało do łatwych zadań. Przecież prawdziwą
przyjaźń buduje się długo, zaczynając od fundamentów.
Cierpliwie.
~~Mam. Mnie i George'a też łączy
telepatia, tyle, że bliźniacza.
Zerknąłem z ukosa na dziewczynę.
Wyglądała na zaskoczoną, co mnie ani trochę nie zdziwiło. Jej
wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Intensywnie nad czymś
myślała, co potwierdzał jej lekko zmarszczony nos i brwi,
układające się w bardzo charakterystyczny łuk. Skrawek pościeli
stał się obiektem mojego zainteresowania, gdy dziewczyna nie
zamierzała przerywać swoich przemyśleń.
Moje myśli zeszły na zupełnie inny
tor. Kiedy zacząłem zwracać na nią uwagę? Kiedy zacząłem czuć
się inaczej w jej towarzystwie? To stało się tak szybko, tak
niespodziewanie. Nie wiemy kiedy, a druga osoba, kiedyś nam obojętna
może znaczyć dla nas więcej niż najbliższa rodzina, przyjaciele.
Szkoda, że ona o tym nie wie. Może to lepiej. Hermiona nigdy nie
będzie odwzajemniać moich uczuć. Nieważne, jak bardzo byłyby one
silne. Tu przestało chodzić o zakład. Wpadłem. Zakochałem się,
poczułem coś więcej. To chore, ale ucieszyłem się, gdy
dowiedziałem się o połączeniu naszych dusz. To dało mi nadzieję.
Nadzieję na to, że ona czuje choć w minimalnym stopniu to, co ja.
Szybko jednak do mnie dotarło, że ona by to zrobiła dla każdego.
Jest za dobra, ma za dobre serce, by pozwolić komuś umrzeć na jej
oczach. A co, jeśli teraz tego żałuje? Może wcale tego nie
chciała, zrobiła to pod wpływem impulsu? Szybko potrząsnąłem
głową. Za dużo myśli naraz, tym bardziej tych niechcianych.
Spojrzałem na zegarek, który wisiał
naprzeciwko łóżka wspomnianej dziewczyny. Wskazywał równo 17:50,
co oznacza, że w każdej chwili może tu wpaść roześmiana grupa
naszych przyjaciół. Hermiona smacznie spała w swoim łóżku. Ten
widok bardzo mnie rozczulił. Spokój na jej twarzy uspokajał, a
kosmyki które również zsunęły się na twarz dodawały uroku. Po
chwili poszedłem w ślady dziewczyny i zasnąłem z uśmiechem
czającym się w kącikach ust.
,,-Nadzieja matką
głupich...
-Ale jak każda matka,
dba o swoje dzieci...”
-Proszę, ten eliksir macie brać dwa
razy dziennie przez następne trzy tygodnie. Jeśli działoby się
coś niepokojącego, macie od razu przyjść do mnie, zrozumiano? -
zaczęła surowo Poppy Pomfrey.
-Proszę się nie martwić pani
Pomfrey, osobiście dopilnuję, by ta dwójka brała eliksiry. -
zapewniła opiekunka Gryfonów po piątym powtórzeniu przez
pielęgniarkę tego, kiedy i ile Hermiona i Fred mają brać
eliksiry.
-Mam
taką nadzieję, Minerwo. - dokończyła pani Pomfrey, gdy wychodzili
ze Skrzydła. Drzwi za nimi się zamknęły, a pielęgniarka poszła
katować resztę chorych uczniów swoimi zasadami i pouczeniami.
Nauczycielka westchnęła przeciągle, jakby sama tyrania Poppy
bardzo ją zmęczyła. Na jej twarzy widać było zmęczenie i
zmarszczki, które mówiły o dość pokaźnym wieku. Jednak pomimo
lat kobieta trzymała się bardzo dobrze i nie zapowiadało się na
to, by coś się zmieniło. Hermiona i Fred szli posłusznie za nową
dyrektorką, aż doszli do wejścia do jej gabinetu. Gargulec
pilnujący, by do gabinetu nie wszedł nieproszony gość otworzył
się, gdy tylko zobaczył nauczycielkę. Gabinet od czasu zajmowania
go przez Dumbledore'a niewiele się zmienił. Ponieważ
znajdował się w wieży, miał on kształt owalny, a na jego
ścianach wisiały portrety wcześniejszych dyrektorów szkoły. Tuż
za biurkiem znajdował się regał, na którym spoczywała Tiara
Przydziału.
W pomieszczeniu znajdowały się
również: kominek, myślodsiewnia, wiele srebrnych instrumentów,
których przeznaczenie nie jest do końca znane, regały z książkami,
krzesła dla gości, a obok wejścia złoty drążek, na którym
zazwyczaj siedział feniks Fawkes należący do Dumbledore'a. Tym
razem miejsce gdzie zwykle znajdował się ptak było puste.
Nauczycielka usiadła za biurkiem, a Gryfoni usiedli na fotelach
znajdujących się naprzeciwko niej.
-Piosenki mają być mugolskie.
Osobiście przygotowałam listę piosenek do wyboru i byłabym
zadowolona, gdybyście wybrali coś z niej. W szkole było też
głosowanie na najlepszą mugolską piosenkę i uczniowie wykazali
się ogromnym poczuciem humoru, bo – zawiesiła się na chwilę –
wybrali utwór z mugolskiej bajki dla dzieci, Ghula Lwa
– dokończyła zadowolona swoją znajomością mugolskich bajek.
-Króla
Lwa, pani dyrektor – poprawiła
ją automatycznie Hermiona, naciskając na wyraz Króla.
Fred spojrzał na nią z rozbawieniem, a policzki dziewczyny
natychmiast oblały się czerwienią.
-Tak jest, dziękuję, panno Granger.
Wracając do piosenek...
Po
dwóch godzinach kłótni Freda i Hermiony nad każdą piosenką,
cztery utwory zostały wybrane. Nie obyło się bez ostrej wymiany
zdań i docinek ze strony dwójki Gryfonów. Rudzielec chciał same
rockowe piosenki, w których praktycznie mężczyźni cały czas
krzyczeli, a nie śpiewali. Hermiona była za utworami delikatnymi, w
których głosy kobiet lekko się unosiły, ale niestety, Fred nie
mógł się dostosować do takich piosenek. Większość jest w
języku polskim, bo takie najbardziej przystosowywały się do ich
wymagań. Wśród nich jest oczywiście utwór Miłość
rośnie wokół nas,
Jak Sen
(z czego Hermiona była bardzo zadowolona, bo to była jedna z jej
ulubionych piosenek),
Just Like Fire (z
czego Fred był zadowolony, bo to jednak z jego ulubionych piosenek)
i Możesz
wszystko. Gryfonka
czuła się nieswojo na myśl, że będzie musiała zaśpiewać te
wszystkie piosenki z Fredem, jednak chłopak w ogóle się tym nie
przejmował. Wyszli z pomieszczenia, a pomiędzy nimi panowała gęsta
cisza. Oboje chcieli ją przerwać, ale każdy pretekst do tego
wydawał się być głupi i dziecinny.
-Ładna dzisiaj pogodna, nie? - wypalił Fred. Gdy pojął co
powiedział, rzucił dziewczynie zażenowane spojrzenie i spuścił
głowę. Hermiona zamaskowała swój śmiech niedbałym chrząkaniem.
-Całkiem ładna, jak na noc – brązowooka wybuchła szczerym
śmiechem, nie mogąc już się powstrzymać. Chłopak spojrzał na
nią niepewnie i również zaczął się donośnie śmiać. Nie
zauważyli, gdy doszli na piąte piętro.
-No, tu nasze drogi się rozchodzą, Freddie. Dobrej nocy. -
uśmiechnęła się szeroko, odwróciła się na pięcie i już miała
podawać hasło animagowi z portretu, gdy poczuła, że chłopak
łapie ja za nadgarstek. Dziewczyna spojrzała pytająco z rudzielca.
Bo czego on chciał jeszcze od niej o tej porze? Prawdę mówiąc,
marzyła o ciepłym łóżku odkąd wyszła ze Skrzydła, więc
dodatkowa rozmowa z chłopakiem tylko pogarszała jej sytuacje.
-Tak się zastanawiałem... Czy skoro nie jesteśmy ''połączeni'',
to czy nie wybrałabyś się ze mną... - nie dokończył, bo na
schodach usłyszeli donośne kroki woźnego Filcha i pomrukiwania
jego kotki. Fred mruknął tylko ciche ''dobranoc'' i już pędził
po schodach. Kasztanowłosa zwróciła się do portretu.
-Przyjaźń
i nauka –
mruknęła do animaga i pośpiesznie przeszła przez dziurę. Salon
świecił pustkami, jednak Gryfonkę bardzo urzekł jego wystrój.
Beżowe ściany świetnie współgrały z ciemno brązowymi meblami.
Na środku pomieszczenia stała kanapa, a przed nią znajdował się
stolik kawowy. Na około były fotele i pufy, a praktycznie każda
ściana była pokryta regałami z najróżniejszymi książkami i
tomiskami. Schody prowadzące na górę, do dormitoriów dziewczyn i
kamienne stopnie schodzące na dół, do dormitoriów chłopców.
Prefektami Naczelnymi byli jeszcze: Pansy Parkinson, Dean Thomas,
Hanna Abbott i Terry Bott, którzy w czasie zebrania pilnowali
porządku w pociągu. Hermiona wspięła się po schodach i szybko
odszukała drzwi, nad którymi znajdował się herb Gryffindoru. Jej
dormitorium było podobne do tego starego, tylko z jednym szczegółem
– było nowsze. Dominowały w nim kolory czerwieni i złota.
Czerwone ściany, na każdej znajdował się herb jej domu. Duże
łóżko z czerwono-złotym baldachimem. Pod ścianą obok łóżka
znajdowało się drewniane biurko, a to, co najbardziej zauroczyło
dziewczynę, był kominek. Własny kominek, o którym zawsze marzyła.
Po głowie ciągle krążyło jej niedokończone zdanie Freda. Wzięła
szybki prysznic i w piżamach, położyła się w wygodnym łóżku.
Zasnęła dość późno, bo ciągle męczyła ją nieskończona
wypowiedź Gryfona.
*
* *
Znajdowała
się na pięknej, kwiecistej polanie. Jej stopy ledwo dotykały
kolorowych kwiatów. Czuła się tak, jakby latała, a euforia
wypełniała całe jej ciało. Długa sukienka ze zwiewnego materiału
okrywała jej ciało, a skrawek sukni lekko szybował za nią,
próbując dotrzymać jej kroku. Rozglądała się ciekawym wzrokiem
po polanie. Nigdy nie widziała piękniejszego miejsca. Było tu tak
niezwykle, że to miejsce nie mogło być prawdziwe. Nie ma już
miejsc, które nie zostały skażone obecnością człowieka. Miała
więc świadomość, że tkwi w jakiejś chorej fikcji, ale nie
chciała stąd odchodzić. Jeszcze nie.
Lekki
wiatr sam ją niósł, jakby sam wybrał jej odpowiedni skrawek
zieleni. W końcu jej oczom ukazał się niezwykle duży i stary dąb.
Co więcej, jakaś postać nonszalancko się o niego opierała.
Ciekawość w dziewczynie wygrała, więc zaczęła cicho skradać w
kierunku tajemniczego gościa. Gdy była wystarczająco blisko, jej
oczom ukazał się wysoki chłopak z rudą burzą włosów, które
sterczały na każdą stronę.
-Fred?
- chciała to wykrzyczeć, ale z jej ust wydobył się tylko cichy
szept. Nie specjalnie się tym przejęła, bo w tym momencie Gryfon
odwrócił się w jej stronę. Nic w jego wyglądzie się nie
zmieniło, tyko jego twarz wydawała się jaśniejsza i bardziej
pogodna.
-Czekałem
na ciebie – on również szeptał, a dziewczynę przeszedł
dreszcz. Jego głos odbijał się w głowie Hermiony, a do jej serca
wdarł się niepokój.
-Ale
po co? - zrobiła krok w stronę chłopaka, a ten lekko się
uśmiechnął. Tak, jak tylko on potrafił się uśmiechać. Tak
niewinnie i uroczo, a zarazem pewnie. Kochała jego uśmiech.
Fred
podszedł jeszcze bliżej Gryfonki i spojrzał w jej czekoladowe
oczy. Dziewczyna lekko przymknęła powieki, gdy rudzielec lekko się
nad nią pochylił. Ich usta prawie się stykały, gdy niebo
przecięła błyskawica i rozległ się ogłuszający grzmot.
Hermiona rozejrzała się dookoła, przerażona nagłą zmianą
pogody. Lecz nie tylko pogoda się zmieniała: kwiaty, jeden po
drugim traciły swoją barwę i robiły się kompletnie szare, a
następnie więdły i znikały, jakby uchodziło z nich jakiekolwiek
życie. Grzejące słońce przykryły ciemne chmury, a drzewa znikły
podobnie jak kwiaty i inne rośliny. Ptaki, które śpiewały swoje
wesołe melodie, też gdzieś się ulotniły. Przestraszona
dziewczyna spojrzała na Freda; to już nie był on. Przed nią stał
zupełnie obcy Hermionie mężczyzna. Miał 40 lat, może mniej. Jego
brązowe włosy były przydługawe. Gryfonka spojrzała w jego oczy i
zaniemówiła – jego oczy były łudząco podobne, wręcz takie
same, jak jej. Z ruchu jego warg Granger odczytała dwa słowa.
Zniszczę cię.
-
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
*czarodziejska
kamera (tak, to mój pomysł ;D)
Cześć
i czołem ;D Przepraszam za tą przerwę, ale miałam wyjazd (w
góry^^) i
zostałam całkowicie odcięta od internetu
(jak
na złość LTE też się skończył ;o)
. Dzisiaj
nieco krócej niż ostatnio, ale to dlatego, że mam pomysł na
miniaturkę i chcę ja zaczął pisać, zanim wszystko mi wyleci z
głowy ;) Jak
zwykle proszę o komentarze i opinię :') Pozdrawiam :*
~Katniss;33
PS
(Wiem, dużo tych postscriptum ostatnio ;P) wbiła nam okrągła
dyszka (i 850 wyświetleń)!
Bardzo
wam dziękuję! ♥
Hej! :)
OdpowiedzUsuńAle się dzieję, bardzo mi się podoba i czekam na więcej. :) Szczególnie interesuje mnie ten wątek z człowiekiem, który się mści, kim on jest?! :D
Dziękuję! :D Heh, wszystko się wyjaśni z czasem ^^ :')
UsuńHej! Gdzie jesteś?
OdpowiedzUsuńHej :) Spokojnie, żyje i za niedługo planuje wrócić z jakimś rozdziałem ;) Prawdopodobnie więcej wytłumacze w notce pod rozdziałem :)
UsuńCudowne! Szkoda, że przestałaś pisać!
OdpowiedzUsuńZapraszam do mnie
Https://fremionefanfic.blogspot.com/?m=1
Pozdrawiam
Blue :*