niedziela, 7 sierpnia 2016

Rozdział X

-Cześć! - rzuciła wesoło rudowłosa osóbka, wchodząc do Skrzydła Szpitalnego – jak się czujesz? - spytała Hermiony, która leżąc wygodnie w swoim łóżku, uważnie czytała notatki z wczorajszych lekcji.
-Świetnie, Gin. Nie rozumiem, dlaczego pani Pomfrey nie chce mnie wypuścić. Będę miała tyle zaległości... - powiedziała zrezygnowana dziewczyna. Usiadła i odłożyła kartki na szafkę stojącą obok jej łóżka. Była wdzięczna Ginny, że przychodziła do niej w każdej możliwe luce między zajęciami. Opuszczała praktycznie wszystkie posiłki, tylko czasami, gdy nie mogła już funkcjonować wpadała jak burza do Wielkiej Sali i porywała coś ze stołu.
-Miona, ty i zaległości? To nie jest w żaden sposób możliwe. Założe się, że umiesz już cały materiał. – zaśmiała się Ruda i usiadła po turecku na jej łóżku.
-Fakt, umiem. Ale wiesz, wolałabym, żeby jakiś nauczyciel tłumaczył mi lekcje. Przecież pod koniec roku będą Owutemy! Muszę być przygotowana! - powiedziała kasztanowłosa i złapała się za głowę. Stanowczo za dużo myśli.
-Yhm, yhm.
-A ty braciszku? Jak się czujesz? - Weasley przewróciła oczami, zwracając się do brata leżącego w sąsiednim łóżku.
-Dzięki, że pytasz. Czuję się wspaniale, siostrzyczko – zirytował się chłopak. Jestem Fred, mnie się nie ignoruje! Mnie się tylko kocha, bo jestem uroczy.
-W takim razie się zamknij i nam nie przeszkadzaj – warknęła Ginny. Po chwili spojrzała na przyjaciółkę, a wyraz jej twarzy złagodniał. - Przepraszam, że nie przyszłam rano, ale trzeba było być obowiązkowo na śniadaniu, tak kazała McGonagall.
-Mówiła coś ważnego? - zaciekawiła się Hermiona.
-Tylko tyle, że 22 października będzie jakiś bal jesienny, bo chce wprowadzić do tej szkoły więcej życia, żeby uczniowie się nie stresowali Sumami i Owutemami, bla, bla...
-Bal? - stęknęła Granger – po co, Merlinie...
-Przynajmniej się trochę rozerwiemy – stwierdziła Ginny. Nagle się ożywiła – Wiesz, że Prefekci Naczelni będą otwierać bal tańcem? - poruszyła sugestywnie brwiami. Brązowooka zaśmiała się i dała przyjaciółce kuksańca w bok. Ta również serdecznie się zaśmiała, ale mina Hermiony momentalnie zrzedła.
-Nott – opadła na łóżko.
-Co z nim? - spytała zaskoczona Weasley'ówna.
-Będę musiała z nim tańczyć, bo mamy razem patrole.
-Nie ciekawie – stwierdziła Ruda i spojrzała na zegar wiszący na ścianie. - Merlinie, spóźnie się na eliksiry! Cześć, Herm! Zamknij się, Fred! - krzyknęła jeszcze na odchodne, gdy jej brat po raz kolejny zaczął chrząkać i patrzyć na nią oskarżycielsko.

-Nie lubisz chodzić na bale? - zaczął rozmowę Fred, gdy jego siostra wyszła.
-To nie tak, że nie lubię. Czuję, że to jest po prostu... Niepotrzebne - stwierdziła. Zamiast iść na bal, wolała posiedzieć przed kominkiem w Pokoju Wspólnym, trzymając w ręku kubek parującego kakao i rozkoszując się lekturą. Kochała tak siedzieć wieczorami. W ten sposób mogła się wyciszyć i rozluźnić. Czasami lubiła posiedzieć samotnie pod dużym dębem na błoniach i oddawać się rozmyśleniom. Owszem, dziewczyna lubiła spędzać czas w towarzystwie swoich przyjaciół, ale takie samotne chwile bardzo ją uspokajały.
-A czujesz tak tylko dlatego, że jeszcze żaden bal ci się nie spodobał, bo nie miałaś idealnego partnera – stwierdził Weasley i szeroko uśmiechnął. Bardzo powoli dążył do swego celu. Czaił się, jak Ron na ostatni kawałek kurczaka. Cicho i niepostrzeżenie.
Nim Hermiona zdążyła odpowiedzieć, przez otwarte okna wleciała mała sówka, w której dziewczyna rozpoznała Świstoświnkę. Spojrzała zaskoczona na Freda, a ten tylko gestem dłoni zachęcił ją do odwiązania listu. Delikatnie rozwiązała starannie związaną kokardkę i z niedowierzaniem przeczytała liścik.
Droga Hermiono!
Zapomniałam Ci (Wam) powiedzieć o najważniejszym. Niestety, McGonagall mnie uprzedziła i za kilka sekund powinna wparować do pokoju ze swoim nieśmiertelnym kokiem. Nie rozszarp mnie :*
Twoja Ginny

Widać było, że list był pisany ''na szybko'', bo atrament był lekko rozmazany w niektórych miejscach, a staranne pismo Rudej podchodziło pod koślawe. Hermiona szybko przeczytała list zaciekawionemu chłopakowi. Gdy skończyła, do Skrzydła szybkim krokiem weszła opiekunka Gryffindoru. Minę miała zaciętą, a na głowie, jak zwykle zresztą, podrygiwał kok (nieśmiertelny! - przypomina Ginny).
-Panno Granger, panie Weasley -zaczęła, nim zdążyli cokolwiek powiedzieć. - mam do was pewną propozycję – mimo że starała się to ukryć, była wyraźnie podekscytowana.
-Tak, pani profesor? - zapytała dziewczyna, gdy znalazła małą lukę w słowotoku Minerwy.
-Panna Weasley bardzo starannie nagrała Mag-Merą* wasz, hm... - zamyśliła się na chwilę, jakby szukając odpowiedniego słowa – występ. Prawdę mówiąc, jestem pod ogromnym wrażeniem. Padł pomysł, abyście zaśpiewali i zagrali (spojrzała wymownie na Freda) kilka piosenek podczas balu jesiennego.
Dwójka uczniów spojrzała na opiekunkę z niedowierzaniem. W głowie Hermiony powstawał plan zemsty na przyjaciółce. Ginny doskonale wiedziała, jakie ma nastawienie do publicznych występów. Wstydziła się nawet śpiewać przed nią, a co dopiero przed połową szkoły. Połową, czyli od czwartej klasy i wyżej. To chyba więcej niż połowa. Poczuła dreszcze na karku. Natychmiast zbladła, co zostało zauważone przez nauczycielkę transmutacji.
-Oczywiście byłyby próby, wybory piosenek z moją pomocą... Musielibyście już jutro wyjść ze Skrzydła – zamyśliła się. To Hermionie dodało nagłej energii i pewności siebie. Nadal się okropnie wstydziła, ale na Merlina, była przecież Hermioną Granger – ona musiała dać radę. Na dodatek z pomocą Freda i jego głosu, oraz pięknych brzmień gitary.
-Ale wszystko zależy od was – rzekła w końcu kobieta, z wyczekiwaniem wpatrując się w twarze uczniów.
-Wchodzę w to – wypalił chłopak – pani profesor – dodał pośpiesznie, widząc karcący wzrok nauczycielki.
-Nie mam nic przeciwko – powiedziała z trudem Hermiona. Gdy wypowiedziała to jedno zdanie, poczuła niemiły ucisk w żołądku. Do balu został miesiąc, a ona już się stresowała.
-Świetnie! - kobieta klasnęła w dłonie – W takim razie do zobaczenia jutro o godzinie szesnastej w moim gabinecie – rzuciła na nich ostatnie spojrzenie, a Hermiona mogłaby przysiąc, że zobaczyła uśmiech na jej twarzy.
Gdy tylko wyszła, dziewczyna od razu postanowiła się udać do krainy Morfeusza.

* * *
Obudził ją przeszywający ból głowy. Stęknęła i złapała się za obolałe miejsce, przeczuwając, co się zaraz stanie. Oczywiście nie pomyliła się – po kilku minutach z łóżka Freda słychać było syk.
-Fred...? - spytała niepewnie dziewczyna.
-Cholera, ale mnie głowa boli... Nie śpisz? - spytał wyraźnie zdziwiony chłopak i położył się na brzuchu, podpierając się łokciami.
-Nie, bo mnie też boli głowa – westchnęła.
-Czy to ma coś związanego z tym całym połączeniem dusz?
-Tak... Nawet bardzo. - głos lekko jej zadrżał od nadmiaru emocji. - Fred... Myślę, że od teraz będziemy mogli jakby ''wchodzić'' do umysłu drugiej osoby i coś do niej mówić, a ona usłyszy naszą wiadomość w swojej głowie – nie wiedziała jak mu to wytłumaczyć, żeby zrozumiał. Nie zacytuje mu tego z książki, bo i tak nic nie zrozumie.
-Coś w stylu telepatii? - spytał. Był doświadczony w takich sprawach. Przecież jego i George'a, oprócz przyjaźni, genów i wyglądu łączyła jeszcze telepatia bliźniaków. Ustalili jednak, że będą jej używać tylko wtedy, gdy nie będzie już wyjścia. Jednak telepatia z Hermioną była czymś... niezwykłym. Bardzo ekscytujący był fakt, że może jej coś powiedzieć nie otwierając ust.
-Dokładnie – powiedziała wyraźnie zadowolona, że zrozumiał. - jednak trzeba to sprawdzić – zamknęła oczy, a chłopak usłyszał jej głos w swojej głowie.
~I jak? Słyszysz mnie?
~~Bardzo i wyraźnie, Mionko.
Kasztanowłosa spojrzała zdziwiona na chłopaka, jednak nic nie powiedziała.
~Masz już doświadczenie w telepatii?
* * *
~Masz już doświadczenie w telepatii?
Dość szybko mnie rozgryzła. Może nawet za szybko. Jednak wiedziałem, że od teraz, gdy nasze dusze są połączone nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic. To będzie trudne. Zaufać komuś z dnia na dzień jak najlepszemu przyjacielowi na pewno nie należało do łatwych zadań. Przecież prawdziwą przyjaźń buduje się długo, zaczynając od fundamentów. Cierpliwie.
~~Mam. Mnie i George'a też łączy telepatia, tyle, że bliźniacza.
Zerknąłem z ukosa na dziewczynę. Wyglądała na zaskoczoną, co mnie ani trochę nie zdziwiło. Jej wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Intensywnie nad czymś myślała, co potwierdzał jej lekko zmarszczony nos i brwi, układające się w bardzo charakterystyczny łuk. Skrawek pościeli stał się obiektem mojego zainteresowania, gdy dziewczyna nie zamierzała przerywać swoich przemyśleń.
Moje myśli zeszły na zupełnie inny tor. Kiedy zacząłem zwracać na nią uwagę? Kiedy zacząłem czuć się inaczej w jej towarzystwie? To stało się tak szybko, tak niespodziewanie. Nie wiemy kiedy, a druga osoba, kiedyś nam obojętna może znaczyć dla nas więcej niż najbliższa rodzina, przyjaciele. Szkoda, że ona o tym nie wie. Może to lepiej. Hermiona nigdy nie będzie odwzajemniać moich uczuć. Nieważne, jak bardzo byłyby one silne. Tu przestało chodzić o zakład. Wpadłem. Zakochałem się, poczułem coś więcej. To chore, ale ucieszyłem się, gdy dowiedziałem się o połączeniu naszych dusz. To dało mi nadzieję. Nadzieję na to, że ona czuje choć w minimalnym stopniu to, co ja. Szybko jednak do mnie dotarło, że ona by to zrobiła dla każdego. Jest za dobra, ma za dobre serce, by pozwolić komuś umrzeć na jej oczach. A co, jeśli teraz tego żałuje? Może wcale tego nie chciała, zrobiła to pod wpływem impulsu? Szybko potrząsnąłem głową. Za dużo myśli naraz, tym bardziej tych niechcianych.
Spojrzałem na zegarek, który wisiał naprzeciwko łóżka wspomnianej dziewczyny. Wskazywał równo 17:50, co oznacza, że w każdej chwili może tu wpaść roześmiana grupa naszych przyjaciół. Hermiona smacznie spała w swoim łóżku. Ten widok bardzo mnie rozczulił. Spokój na jej twarzy uspokajał, a kosmyki które również zsunęły się na twarz dodawały uroku. Po chwili poszedłem w ślady dziewczyny i zasnąłem z uśmiechem czającym się w kącikach ust.

,,-Nadzieja matką głupich...
-Ale jak każda matka, dba o swoje dzieci...”

-Proszę, ten eliksir macie brać dwa razy dziennie przez następne trzy tygodnie. Jeśli działoby się coś niepokojącego, macie od razu przyjść do mnie, zrozumiano? - zaczęła surowo Poppy Pomfrey.
-Proszę się nie martwić pani Pomfrey, osobiście dopilnuję, by ta dwójka brała eliksiry. - zapewniła opiekunka Gryfonów po piątym powtórzeniu przez pielęgniarkę tego, kiedy i ile Hermiona i Fred mają brać eliksiry.
-Mam taką nadzieję, Minerwo. - dokończyła pani Pomfrey, gdy wychodzili ze Skrzydła. Drzwi za nimi się zamknęły, a pielęgniarka poszła katować resztę chorych uczniów swoimi zasadami i pouczeniami. Nauczycielka westchnęła przeciągle, jakby sama tyrania Poppy bardzo ją zmęczyła. Na jej twarzy widać było zmęczenie i zmarszczki, które mówiły o dość pokaźnym wieku. Jednak pomimo lat kobieta trzymała się bardzo dobrze i nie zapowiadało się na to, by coś się zmieniło. Hermiona i Fred szli posłusznie za nową dyrektorką, aż doszli do wejścia do jej gabinetu. Gargulec pilnujący, by do gabinetu nie wszedł nieproszony gość otworzył się, gdy tylko zobaczył nauczycielkę. Gabinet od czasu zajmowania go przez Dumbledore'a niewiele się zmienił. Ponieważ znajdował się w wieży, miał on kształt owalny, a na jego ścianach wisiały portrety wcześniejszych dyrektorów szkoły. Tuż za biurkiem znajdował się regał, na którym spoczywała Tiara Przydziału.
W pomieszczeniu znajdowały się również: kominek, myślodsiewnia, wiele srebrnych instrumentów, których przeznaczenie nie jest do końca znane, regały z książkami, krzesła dla gości, a obok wejścia złoty drążek, na którym zazwyczaj siedział feniks Fawkes należący do Dumbledore'a. Tym razem miejsce gdzie zwykle znajdował się ptak było puste. Nauczycielka usiadła za biurkiem, a Gryfoni usiedli na fotelach znajdujących się naprzeciwko niej.
-Piosenki mają być mugolskie. Osobiście przygotowałam listę piosenek do wyboru i byłabym zadowolona, gdybyście wybrali coś z niej. W szkole było też głosowanie na najlepszą mugolską piosenkę i uczniowie wykazali się ogromnym poczuciem humoru, bo – zawiesiła się na chwilę – wybrali utwór z mugolskiej bajki dla dzieci, Ghula Lwa – dokończyła zadowolona swoją znajomością mugolskich bajek.
-Króla Lwa, pani dyrektor – poprawiła ją automatycznie Hermiona, naciskając na wyraz Króla. Fred spojrzał na nią z rozbawieniem, a policzki dziewczyny natychmiast oblały się czerwienią.
-Tak jest, dziękuję, panno Granger. Wracając do piosenek...
Po dwóch godzinach kłótni Freda i Hermiony nad każdą piosenką, cztery utwory zostały wybrane. Nie obyło się bez ostrej wymiany zdań i docinek ze strony dwójki Gryfonów. Rudzielec chciał same rockowe piosenki, w których praktycznie mężczyźni cały czas krzyczeli, a nie śpiewali. Hermiona była za utworami delikatnymi, w których głosy kobiet lekko się unosiły, ale niestety, Fred nie mógł się dostosować do takich piosenek. Większość jest w języku polskim, bo takie najbardziej przystosowywały się do ich wymagań. Wśród nich jest oczywiście utwór Miłość rośnie wokół nas, Jak Sen (z czego Hermiona była bardzo zadowolona, bo to była jedna z jej ulubionych piosenek), Just Like Fire (z czego Fred był zadowolony, bo to jednak z jego ulubionych piosenek) i Możesz wszystko. Gryfonka czuła się nieswojo na myśl, że będzie musiała zaśpiewać te wszystkie piosenki z Fredem, jednak chłopak w ogóle się tym nie przejmował. Wyszli z pomieszczenia, a pomiędzy nimi panowała gęsta cisza. Oboje chcieli ją przerwać, ale każdy pretekst do tego wydawał się być głupi i dziecinny.
-Ładna dzisiaj pogodna, nie? - wypalił Fred. Gdy pojął co powiedział, rzucił dziewczynie zażenowane spojrzenie i spuścił głowę. Hermiona zamaskowała swój śmiech niedbałym chrząkaniem.
-Całkiem ładna, jak na noc – brązowooka wybuchła szczerym śmiechem, nie mogąc już się powstrzymać. Chłopak spojrzał na nią niepewnie i również zaczął się donośnie śmiać. Nie zauważyli, gdy doszli na piąte piętro.
-No, tu nasze drogi się rozchodzą, Freddie. Dobrej nocy. - uśmiechnęła się szeroko, odwróciła się na pięcie i już miała podawać hasło animagowi z portretu, gdy poczuła, że chłopak łapie ja za nadgarstek. Dziewczyna spojrzała pytająco z rudzielca. Bo czego on chciał jeszcze od niej o tej porze? Prawdę mówiąc, marzyła o ciepłym łóżku odkąd wyszła ze Skrzydła, więc dodatkowa rozmowa z chłopakiem tylko pogarszała jej sytuacje.
-Tak się zastanawiałem... Czy skoro nie jesteśmy ''połączeni'', to czy nie wybrałabyś się ze mną... - nie dokończył, bo na schodach usłyszeli donośne kroki woźnego Filcha i pomrukiwania jego kotki. Fred mruknął tylko ciche ''dobranoc'' i już pędził po schodach. Kasztanowłosa zwróciła się do portretu.
-Przyjaźń i nauka – mruknęła do animaga i pośpiesznie przeszła przez dziurę. Salon świecił pustkami, jednak Gryfonkę bardzo urzekł jego wystrój. Beżowe ściany świetnie współgrały z ciemno brązowymi meblami. Na środku pomieszczenia stała kanapa, a przed nią znajdował się stolik kawowy. Na około były fotele i pufy, a praktycznie każda ściana była pokryta regałami z najróżniejszymi książkami i tomiskami. Schody prowadzące na górę, do dormitoriów dziewczyn i kamienne stopnie schodzące na dół, do dormitoriów chłopców. Prefektami Naczelnymi byli jeszcze: Pansy Parkinson, Dean Thomas, Hanna Abbott i Terry Bott, którzy w czasie zebrania pilnowali porządku w pociągu. Hermiona wspięła się po schodach i szybko odszukała drzwi, nad którymi znajdował się herb Gryffindoru. Jej dormitorium było podobne do tego starego, tylko z jednym szczegółem – było nowsze. Dominowały w nim kolory czerwieni i złota. Czerwone ściany, na każdej znajdował się herb jej domu. Duże łóżko z czerwono-złotym baldachimem. Pod ścianą obok łóżka znajdowało się drewniane biurko, a to, co najbardziej zauroczyło dziewczynę, był kominek. Własny kominek, o którym zawsze marzyła. Po głowie ciągle krążyło jej niedokończone zdanie Freda. Wzięła szybki prysznic i w piżamach, położyła się w wygodnym łóżku. Zasnęła dość późno, bo ciągle męczyła ją nieskończona wypowiedź Gryfona.

* * *
Znajdowała się na pięknej, kwiecistej polanie. Jej stopy ledwo dotykały kolorowych kwiatów. Czuła się tak, jakby latała, a euforia wypełniała całe jej ciało. Długa sukienka ze zwiewnego materiału okrywała jej ciało, a skrawek sukni lekko szybował za nią, próbując dotrzymać jej kroku. Rozglądała się ciekawym wzrokiem po polanie. Nigdy nie widziała piękniejszego miejsca. Było tu tak niezwykle, że to miejsce nie mogło być prawdziwe. Nie ma już miejsc, które nie zostały skażone obecnością człowieka. Miała więc świadomość, że tkwi w jakiejś chorej fikcji, ale nie chciała stąd odchodzić. Jeszcze nie.
Lekki wiatr sam ją niósł, jakby sam wybrał jej odpowiedni skrawek zieleni. W końcu jej oczom ukazał się niezwykle duży i stary dąb. Co więcej, jakaś postać nonszalancko się o niego opierała. Ciekawość w dziewczynie wygrała, więc zaczęła cicho skradać w kierunku tajemniczego gościa. Gdy była wystarczająco blisko, jej oczom ukazał się wysoki chłopak z rudą burzą włosów, które sterczały na każdą stronę.
-Fred? - chciała to wykrzyczeć, ale z jej ust wydobył się tylko cichy szept. Nie specjalnie się tym przejęła, bo w tym momencie Gryfon odwrócił się w jej stronę. Nic w jego wyglądzie się nie zmieniło, tyko jego twarz wydawała się jaśniejsza i bardziej pogodna.
-Czekałem na ciebie – on również szeptał, a dziewczynę przeszedł dreszcz. Jego głos odbijał się w głowie Hermiony, a do jej serca wdarł się niepokój.
-Ale po co? - zrobiła krok w stronę chłopaka, a ten lekko się uśmiechnął. Tak, jak tylko on potrafił się uśmiechać. Tak niewinnie i uroczo, a zarazem pewnie. Kochała jego uśmiech.
Fred podszedł jeszcze bliżej Gryfonki i spojrzał w jej czekoladowe oczy. Dziewczyna lekko przymknęła powieki, gdy rudzielec lekko się nad nią pochylił. Ich usta prawie się stykały, gdy niebo przecięła błyskawica i rozległ się ogłuszający grzmot. Hermiona rozejrzała się dookoła, przerażona nagłą zmianą pogody. Lecz nie tylko pogoda się zmieniała: kwiaty, jeden po drugim traciły swoją barwę i robiły się kompletnie szare, a następnie więdły i znikały, jakby uchodziło z nich jakiekolwiek życie. Grzejące słońce przykryły ciemne chmury, a drzewa znikły podobnie jak kwiaty i inne rośliny. Ptaki, które śpiewały swoje wesołe melodie, też gdzieś się ulotniły. Przestraszona dziewczyna spojrzała na Freda; to już nie był on. Przed nią stał zupełnie obcy Hermionie mężczyzna. Miał 40 lat, może mniej. Jego brązowe włosy były przydługawe. Gryfonka spojrzała w jego oczy i zaniemówiła – jego oczy były łudząco podobne, wręcz takie same, jak jej. Z ruchu jego warg Granger odczytała dwa słowa. Zniszczę cię.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
*czarodziejska kamera (tak, to mój pomysł ;D)

Cześć i czołem ;D Przepraszam za tą przerwę, ale miałam wyjazd (w góry^^) i zostałam całkowicie odcięta od internetu (jak na złość LTE też się skończył ;o) . Dzisiaj nieco krócej niż ostatnio, ale to dlatego, że mam pomysł na miniaturkę i chcę ja zaczął pisać, zanim wszystko mi wyleci z głowy ;)  Jak zwykle proszę o komentarze i opinię :') Pozdrawiam :*
~Katniss;33
  
PS (Wiem, dużo tych postscriptum ostatnio ;P) wbiła nam okrągła dyszka (i 850 wyświetleń)! Bardzo wam dziękuję!

5 komentarzy:

  1. Hej! :)
    Ale się dzieję, bardzo mi się podoba i czekam na więcej. :) Szczególnie interesuje mnie ten wątek z człowiekiem, który się mści, kim on jest?! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :D Heh, wszystko się wyjaśni z czasem ^^ :')

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Hej :) Spokojnie, żyje i za niedługo planuje wrócić z jakimś rozdziałem ;) Prawdopodobnie więcej wytłumacze w notce pod rozdziałem :)

      Usuń
  3. Cudowne! Szkoda, że przestałaś pisać!

    Zapraszam do mnie
    Https://fremionefanfic.blogspot.com/?m=1

    Pozdrawiam
    Blue :*

    OdpowiedzUsuń